niedziela, 30 marca 2014

3/2014

Cześć!

Koniec miesiąca- więc nadeszła pora na pochwalenie się kolejną porcją zużyć z ostatniego miesiąca.


Czyli zapraszam na projekt denko!


Yves Rocher szampon oczyszczający z wyciągiem z pokrzywy- do włosów przetłuszczających się

Świetny szampon, nie jest to moje pierwsze opakowanie. Może nie pachnie zbyt pięknie, ale przyjemnie się go używa. Ładnie i dokładnie oczyszcza włosy, jest dosyć wydajny- starczył mi na około 2 miesiące użycia co 2 dni.


Do dostania w Yves Rocher, koszt to około 11 zł za 300 ml.
Na pewno do niego wrócę.


L'biotica Biovax- intensywnie regenerująca maseczka- naturalne oleje

Dobrze działała na moje włosy, nie powodowała oklapnięcia, ale nie stosowałam jej od nasady. Ładnie je nawilżała, nie rozluźniała skrętu. Była bardzo wydajna, użyłam jej około 20 razy. Więcej poczytacie o niej TUTAJ.



Do dostania w drogeriach, za ok. 15 zł za 250 ml.
Wrócę do niej, gdy skończę moje zapasy.


Pianka do mycia ciała Greenland- mleczko ryżowe i wanilia

Fajny gadżet, przyjemnie się jej używało. Jest bardzo wydajna, jak większość produktów w tej formie. W poście pisałam Wam, że jest śmierdzioszkiem, ale z biegiem czasu przestał mnie ten zapach drażnić, przyzwyczaiłam się i naprawdę miło było się z nią codziennie wieczorem widzieć. Więcej TUTAJ.


Do dostania w Hebe, za nie wiem jaką cenę. Opakowanie ma 200 ml.
Możliwe, że wrócę do innej wersji zapachowej.


Isana- krem do ciała z masłem shea i kakao

Super sprawa- duży, tani, wydajny i ładnie pachnący. Większość zimy umilał mi wieczory. Nawilżał przyzwoicie. Niczego więcej nie potrzebuję.


Do kupienia w Rossmanie, za 10 zł za pojemność 500 ml.
Z pewnością kupię ponownie, pewnie inną wersję zapachową.



 Maseczka do cery trądzikowej Neem Mask Himalaya Herbals

Świetna maska! Bardzo dobrze oczyszczała. Stosowałam ją co 2-3 dni i ładnie uspokajała twarz, jeśli były na niej jakieś zmiany to lekko je łagodziła. Cudów nie czyniła, ale przy regularnym stosowaniu dawała ładne efekty.


Kupiłam ją w aptece, podejrzewam że w drogeriach również jest dostępna. Cena to ok. 15 zł za 75 ml.
Wrócę do niej, gdy nie będę miała już zapasów.


Tak, dobrze widzicie- Aspirin Bayera i Polopiryna S Polpharmy

Wykorzystałam je do maseczki aspirynowej. Daje świetne efekty w połączeniu z jogurtem naturalnym.

W aptekach ich koszt to około 10 zł, Polopiryna S ma mniejszą dawkę kwasu acetylosalicylowego. Zużywam kolejne blistry.


SVR- krem matujący Lysalpha Active

Kupiony bardzo dawno temu z polecenia pani dermatolog. Był okej, ale szału nie było. Nadawał się pod makijaż, bo zostawiał zupełnie matowe wykończenie, ale to trochę za mało, wymagam czegoś więcej od tego typu kosmetyków.



Kupiony w aptece, za cenę ok. 50 zł/ 40 ml.
Nie wrócę do niego.


La roche possay- Effaclar duo

Tego Pana przedstawiać za bardzo nie trzeba. Moje chyba 5-te opakowanie. Kocham nad życie. Przy dłuższym stosowaniu może nie wyleczy Waszej cery, ale na pewno poprawi jej stan. Polecam każdemu kto boryka się z niedoskonałościami na twarzy.

Ciekawa jestem jak spisze się nowa wersja tego kosmetyku. Z pewnością wypróbuję.

Do dostania w aptekach, w cenie od 30 do 50 zł w zależności od promocji za 40 ml.
Na pewno wrócę do niego, ale chcę zrobić sobie małą przerwę.


 Verona- rewitalizująco-odmładzający krem do rąk grapefruit i imbir

Skusił mnie zapach. Nie znałam tej firmy. I raczej bliżej nie poznam. Krem był beznadziejny. W ogóle się nie wchłaniał- w ogóle. Po 3 godzinach jak myłam ręce to on z nich po prostu spływał. Zużyłam go stosując na noc, ale jakoś wybitnie nie nawilżał.



Kupiłam go w Auchan, za 5-6 złotych za 75 ml.
Temu panu już dziękujemy.


Tibelly- chusteczki do higieny intymnej

Fajny produkt, spełniał swoje zadanie. Ogromny plus za to, że można wyrzucać je do toalety.

Kupicie je w Netto, za ok. 5 zł za 20 szt. Kupię przy okazji.


Annabelle minerals- podkład kryjący w odcieniu golden light

To było moje pierwsze podejście do tego typu kosmetyków. Bardzo udane. Kolor okej, ale nie idealny, krycie w porządku, wydajność świetna. Dodatkowo nie pogorszył stanu mojej cery. Teraz szukam idealnego odcienia.

Do dostania na stronie producenta. Polecam na początek zamówić próbki aby móc znaleźć idealny odcień. Ceny od 8 za próbkę, przez 30-50 zł w zależności od pojemności.
Wrócę do ich produktów na pewno.

Rimmel Wake me up w odcieniu 203 true beige

Intensywnie używałam go około rok temu, potem leżał i leżał. Skończyłam go teraz. Wtedy wydawało mi się że jest okej, może nie mój ideał ale dawał radę. Teraz miałam wrażenie, że jest odrobinę za bardzo pomarańczowy. Jak dla mnie za mało kryje, ale jeśli poprawi się znacznie stan mojej skóry nie wykluczam dania mu drugiej szansy. Plus za filtr spf 15.


Do kupienia w szafie Rimmel, za ok. 40zł/ 30ml.
Możliwe, że damy sobie drugą szansę jak pisałam wyżej.


I próbki:

Łagodna emulsja do mycia twarzy Cetaphil

Dostałam go dawno, ale nie polubiliśmy się. Nie cierpię myć twarzy czymś co się nie pieni. Produkt zdecydowanie nie dla mnie, nie rozumiem zachwytów nad nim








Vichy- aqualia thermal krem

Lekki, intensywnie nawilżający kremik, świetnie nadawał się pod makijaż. Bardzo szybko się wchłaniał i naprawdę dobrze nawilżył w ciągu tych kilku użyć moją cerę. Podejrzewam jednak, że jego cena jest zbyt wygórowana.







I to by było na tyle! Dotrwaliście?

Jestem niezwykle dumna, że zużyłam 2 rzeczy z kolorówki, chociaż chciałabym żeby się tego troszkę więcej pojawiło.

Jak Wam idzie zużywanie? Używaliście czegoś z moich denek? Może macie inne zdanie na temat jakiegoś produktu?


Teraz oddzielam nakrętki od reszty, która idzie do kosza, a nakrętki lądują w specjalnym pudełku, a potem w jakimś zbiorczym dzięki czemu jakieś dziecko będzie mogło otrzymać pomoc. Zachęcam Was również do udziału w takich akcjach, przecież nas to nic nie kosztuje! Tego typu zbiórki organizowane są wszędzie- w szkołach, przychodniach aptekach. Wystarczy chcieć pomóc!


Trzymajcie się po tej nieszczęsnej zmianie czasu. Ja tego nie cierpię i przez najbliższy tydzień będę chodzić jak pokopana...

Buziaki,

K. ;*

sobota, 29 marca 2014

Rose Pearl - perłowa miłość.

Cześć Kochani!

Najlepszym przyjacielem kobiety są diamenty, o czym niejedna kobieta wie. A co z perłami? Ich głównym składnikiem jest węglan wapnia. Brzmi przyziemnie i czar pryska? Nazwa "perła" brzmi cudownie, kobieco i tak romantycznie. Zostańmy przy tym. Perły zdobią kobiecą szyję, rękę, palec i Bóg wie co jeszcze. Ich delikatność i blask są nieocenione. Więc może by ten blask i niesamowitą delikatność przenieść na usta?

Z pomocą przychodzi Maybelline New York i ich szminka w niezwykle odmładzającym i delikatnym odcieniu. Zapewne nie jednak z Was już dobrze zna tę pomadkę, ale ja niestety poznałam ją dość niedawno. Mowa o serii Color Sensational szminki w odcieniu 822 o przepięknej nazwie Rose Pearl.



Zamknięta w przezroczystym nakryciu kryje w sobie wdzięk i niezwykła zmysłowość. Skrywa w sobie niezliczoną ilość drobinek, które odbijają światło, ale nie narzucają się nad to złośliwie, jak niektóre brokatowe szminki.
 



Nadaję się zarówno do upiększenia książęcych balowych kreacji jak również na co dzień by nasza twarz była lekka i świeża.
Jest tak delikatna, że na ręce jej prawie nie widać, jedynie pod światło ukazuje się tafla rozświetlenia.



 Uważam, że na ustach prezentuję się niesamowicie. Efekt można z łatwością stopniować i nie da się przesadzić - zawsze będzie niezwykle. Idealnie wpasuje się w wiosenny makijaż w słoneczny dzień. Bo czyż każda z nas nie chce wyglądać w taki dzień młodo, wesoło, wiosennie i radośnie. Ten błysk na pewno to zapewni, i żaden facet nie przejdzie obojętnie :)

W słońcu

W słońcu

W pomieszczeniu w świetle dziennym
W pomieszczeniu w świetle dziennym

Na pewno ten kosmetyk przydać się może w przygotowaniu na wiosenną randkę :)

A co Wy, Kochane sądzicie? Znacie, lubicie? A może macie inne kolory z tej serii, które warto polecić?

Całuję, 

Kasieńka :*

P.S. Miłej soboty, jakże pięknej i słonecznej, takiej lekkiej :)

piątek, 28 marca 2014

Tym razem - 40%

Cześć!

Dzisiaj chciałabym Wam na szybko powiedzieć kilka słów na temat promocji, z której dzisiaj skorzystałam, trwa ona do końca marca, więc jeśli będziecie zainteresowane to jeszcze spokojnie zdążycie.


Do 31 marca, Sephora daje nam możliwość skorzystania z 40%-owej zniżki na ich kosmetyki do makijażu plus pędzelki, gąbeczki itp. Warunkiem uzyskania tej zniżki jest przyniesienie jakiegoś zużytego lub po prostu starego kosmetyku. Za jedno zużyte opakowanie możecie wziąć 5 produktów.

Otworzyłam szafkę i pierwsze co mi się rzuciło w oczy:


Bubel nad bublami. Trzymałam go żeby kiedyś Was przed nim przestrzec. Najgorszy tusz jaki używałam w życiu. Nie robił nic innego niż sklejał rzęsy, rozmazując się przy tym wszędzie, dosłownie.

Pomyślałam, że będę miała z niego chociaż taki użytek jak zniżka na inne kosmetyki, więc oddałam go. Wybrałam dla siebie:



Mineralny podkład w kompakcie w odcieniu 30- chciałam jakiś o lepszym kryciu, bo mój akurat dobił dna o czym dowiecie się w denku oraz gąbeczkę do nakładania podkładu, którą zachwalała mi Kasieńka.

Regularne ceny tych produktów to odpowiednio 59 i 45 zł. 

Z próbek dostałam:


Rozświetlający podkład Sephora- w 2 odcieniach oraz szampon i odżywkę z masłem Shea. Bardzo jestem ciekawa wszystkich produktów.


Skorzystałyście z oferty? Myślę, że jest to najlepszy moment jeśli myślicie o kupnie czegoś tej marki, bo jednak lepiej jest wydać mniej jeśli i tak planujecie zakupy.

Lubicie posty informujące o różnego rodzaju przecenach, ofertach?

A może polecicie mi jakiś najlepszy Waszym zdaniem kosmetyk tej firmy?


Dzięki temu mam wrażenie, że pieniądze wydane na ten okropny tusz chociaż w pewnym stopniu mi się zwróciły i myślę, że jest to świetna okazja na pozbycie się niesmaku po różnego rodzaju bublach, które niestety czasami trafiają się w naszych kosmetyczkach.

Do zobaczenia następnym razem, całusy!

K. ;*

czwartek, 27 marca 2014

Też marzysz o bielszych zębach?

Cześć!

Przychodzę do Was w ten słoneczny dzień z przemyśleniami na temat pasty wybielającej, której mam przyjemność używać już niecałe 3 tygodnie.

O czym dzisiaj porozmawiamy?



Na początek, kilka słów wstępu. Bardzo lubię swoje zęby. Pomimo, że idealne nie są nigdy nie miałam problemu z zaakceptowaniem ich. Naturalnie są proste (te, które widać), rozmiar mają w sam raz do mojej twarzy, a naturalny odcień jest bardziej w stronę bieli niż żółtego. Zawsze dostawałam wiele komplementów na ich temat, ale to u mnie rodzinne. Pomimo tego, że lubię je takie jakie są, to zawsze chciałoby się coś udoskonalić. Przeszłam już przez szereg past mniej i bardziej wybielających, jednak nigdy nie zdecydowałam się na jakieś bardziej drastyczne metody wybielania, ale nie mówię temu nie.

Ostatnio zaciekawiła mnie ta pasta i postanowiłam dać i jej szansę. 

Obietnice producenta:


Pasta Himalaya Herbals Sparkly White to 75 ml białej pasty zamkniętej w tradycyjnej tubce.

Przechodząc do działania: pasta ma bardzo przyjemny smak- nie jest to typowa mięta, bo wykorzystane są w niej ekstrakty z owoców i też stąd pochodzi ten smak- wg mnie czuć lekko ananas i jakieś zioła. Jak dla mnie super odmiana po wszystkich odmianach mięty. 

Używam od około roku szczoteczki elektrycznej i jedyny minus jaki w niej potrafię odnaleźć to to, że większość past słabo się pieni. Pogodziłam się z tym faktem, bo mimo wszystko lepiej potrafi doczyścić zęby niż manualna, ale jeśli mam buzię pełną piany, lub głowę z której skapuje piana gdy myję włosy, to wydaje mi się, że wtedy tak naprawdę lepiej jesteśmy w stanie wszystko umyć- takie moje odczucie, dalekie od rzeczywistości. 
Ta pasta, w porównaniu do wszystkich innych jakie używałam z elektryczną szczoteczką robi ogromną pianę! Byłam bardzo mile zaskoczona po pierwszym użyciu i już wtedy pomyślałam, że się polubimy.

Pasta dokładnie oczyszcza nasze zęby, nie powoduje pieczenia dziąseł nawet jeśli mamy na nich ranki, przyjemnie odświeża oddech.

Przejdźmy do działania wybielającego- cudów to ja się nie spodziewałam, ale jeśli udałoby się jej lekko wyrównać koloryt zębów to super.
Pokażę Wam 2 zdjęcia sprzed używania tej pasty:

w świetle dziennym

w świetle sztucznym

Oraz jedno, które dzisiaj po wielu nieudanych próbach wykonać:

w naturalnym świetle- po 3 tygodniach

Wg mnie jakaś tam różnica jest widoczna. 

Pastę kupimy wszędzie- w drogeriach, supermarketach, aptekach. Jej koszt to około 10-15 zł w zależności od miejsca gdzie kupujemy.

Z wydajnością jak u przeciętnej pasty- używamy jej w 2 osoby, przy czym ja bardzo dużo, bo potrafię myć zęby i 5,6 razy dziennie i myślę, że wystarczy nam na miesiąc- jak to zwykle każda pasta.

Podsumowując:
Polecam serdecznie wypróbować tę pastę jeśli zależy Wam ma lekkim "odświeżeniu" uśmiechu. ;)
Cudów nie zdziała, ale posunie proces wybielania naszych zębów w dobrą stronę. Bardzo fajna pasta do użytku codziennego, na pewno nie raz do niej wrócę.

Jak Wam się podoba efekt po 3 tygodniach szczotkowania? Znacie tę konkretną pastę?

Jak na razie wszystkie pasty firmy Himalaya, które miałam okazję używać były świetne i na pewno będą częstymi gośćmi w mojej łazience.


Pozdrawiam i całuję,

K. ;*

niedziela, 23 marca 2014

Czym zmywam makijaż?

Cześć!

Dzisiaj chcę Wam przedstawić produkt, który pomaga mi zmyć z oczu makijaż, gdy nie mam ochoty sięgać po oleje i przechodzić całej procedury, którą opisałam Wam już TUTAJ. 


Przyszedł czas na kolejny produkt z firmy, która jest w czołówce, jeśli chodzi o ilość produktów na mojej półce.

Oto co obiecuje nam producent:


Po kolei- w smukłej 200-stu mililitrowej buteleczce znajdziemy przezroczysty, prześlicznie pachnący płyn, który powinnyśmy zużyć w ciągu 6-ciu miesięcy, co raczej wielkim wyczynem nie jest. Niby przeznaczony jest docelowo do cer normalnych po mieszane, ale ja uważam że sprawdzi się dobrze przy każdej.

Może jednym gestem nie zmyje nam całego makijażu, zwłaszcza tuszu do rzęs, ale daje radę. Nakładam niewielką ilość na 2 płatki i przykładam do oczu. Po około 20-30 sekundach można delikatnym ruchem zmyć całość z oczu. Resztę domywam żelem, chociaż niedużo już zostaje.

Dobrze spisuje się też zamiast toniku- odświeża, ładnie wchłania się po nim krem.

Jeśli chcemy mówić o wydajności, to szczerze mówiąc jest z nią tak sobie. Pomimo zużywania niewielkiej ilości do jednorazowego użycia, jakoś szybko mi ubywa płynu. Do tego buteleczka jest lekko szersza u góry niż na dole, więc boję się, że za chwilę po prostu się skończy.

Przechodząc do ceny- wiadomo jak to jest z Yves Rocher. Regularna cena raczej nie zachęca do kupna- 34 zł za płyn micelarny to dla mnie bardzo dużo. Jeśli poczekamy na różnego rodzaju promocje to już staje się ona bardziej przystępna.

Podsumowując- polecam Wam wypróbowanie tego micela. Dobrze radzi sobie z makijażem, absolutnie nie podrażnia oczu- chociaż zdarzyło mi się niechcący już przetrzeć i o dziwo nic. Delikatnie łagodzi, na pewno nie wysusza i pięknie, delikatnie pachnie- co dla mnie jest plusem bo dzięki temu przyjemniej mi się go używa.

Znacie ten płyn micelarny? A może próbowałyście już innych z Yves Rocher?

Ja kiedyś zmywałam całą rękę pomazianą kredkami i pomadkami w sklepie jakimś innym, w takiej buteleczce z pompką i po jednym przetarciu wszystko zniknęło- aż byłam w szoku, bo myślałam że będę dalej chodzić z brudną ręką.

Trzymajcie się ciepło w ten ponury, przynajmniej u mnie dzień i do zobaczenia!

K. ;*

piątek, 21 marca 2014

szminka w kredce, balsam do ust a może pomadka...

Cześć Kochani,

Jak już chyba każdy zauważył, w naszych drogeriach i perfumeriach na dobre rozgościły się i znalazły uznanie wielu kobiet takie produkty.


 A więc mowa o pomadkach w sztyfcie, kredce czy jak zwal tak zwał. Jak wiele kobiet, ja również się w nich zakochałam. Są łatwe w użyciu, możemy poszukać wśród wielu firm tego jedynego, ukochanego kolorku. Ich ogromną zaletą jest to, że są one wysuwane, a więc nie ma problemu z ich ostrzeniem i użytkowaniem. Są idealne do używania zarówno z domu jak i do szybkich poprawek poza domem. Nic złego w torebce ich nie spotka. Choć jest jeden kluczowy element o którym nie możemy zapomnieć. Wysoka temperatura niekorzystnie na nie wpływa - zresztą jak na całą większość kosmetyków - i mogą się one roztopić czy rozpłynąć, a tego chyba żadna z nas by nie chciała. Ale w temperaturze pokojowej są wystarczająco miękkie, przyjemne, idealne :)

Ja sięgnęłam po dwa takie produkty o różnych kolorach z różnych firm. Są to różne firmy tylko dlatego, że akurat te dwa kolory mnie do siebie przyciągnęły. Kierowałam się wyłącznie gama kolorystyczna, a nie ceną.

Wybrałam pomadkę z Sephory i Revlonu.
Sephora to odcień  06 Glossy beige. Jest to piękna, przygaszona brzoskwinka, wtapiająca się w mój naturalny odcień ust. Pomadka ta jest bezzapachowa.
Revlon Just Bitten Kissable to 010 Darling cherie o lekkim miętowym zapachu w kolorze fuksji. Ta pomadka jest nieco twardsza niż Sephorowa i uważam to za jej wygraną nad poprzedniczką.

Cena obydwu to około 40 zł za każdą. Nie jest to najtańsza inwestycja, ale przecież są też i takie co kosztują 80zł (np z Clinique).

Tak na prawdę jestem zadowolona z obydwu, obecnie to moje podstawowe mazidło do ust. Cały szereg szminek poszedł chwilowo na odwyk :)

Niestety zdjęcia nie wyszły mi najlepiej - mój aparat nie robi ładnych zdjęć z bliska gdy jest ciemno a ja muszę robić zdjęcie przy sztucznym świetle. Niestety, a nawet stety (bo przecież uwielbiam czas spędzony z dzieckiem) nie mam możliwości pstryknięcia fotek o wcześniejszych porach.
Jednak na zdjęciach chciałam jedynie uchwycić kolory, co akurat mi się udało i mam nadzieję, że to dostrzeżecie i nie będziecie zawiedzione jakością. No to zostawiam Was sam na sam ze zdjęciami :)

Revlon
Sephora


Znacie, lubicie? A może macie innej firmy? Czekam na Wasze komentarze :*


Miłego weekendu, 


Kasieńka :*

środa, 19 marca 2014

Coś bardzo nawilżającego

Hej!

Ostatnio stojąc nad moimi kosmetykami w łazience, naszła mnie pewna myśl: której firmy jest u mnie najwięcej? Po przejrzeniu do czołówki trafiły Yves Rocher i Nivea.

Tak więc postanowiłam poopowiadać Wam o części z nich.

Dzisiaj zaczniemy od serum intensywnie nawilżającego Yves Rocher.


Buteleczka mieści 30 ml bardzo ciekawego produktu. Ma on bardzo przyjemną, lekką a zarazem bardzo treściwą konsystencję. Jest wydajny, tę buteleczkę używam już od dobrych kilku miesięcy i nadal coś w niej jest.

Co mówi producent?


Produkt ratuje moją twarz po przesuszeniu większością kosmetyków przeciwtrądzikowych, które potrafią siać spustoszenie.

Na początku zrobiłam sobie kurację jaką zaleca producent- przez tydzień stosowałam serum pod zwykły krem i wyciągnął moją twarz na prostą po okresie strasznego przesuszenia. Potem stosowałam je doraźnie- w momencie gdy widziałam że cera tego potrzebuje.

Za każdym razem mam wrażenie, że moja twarz go wsysa od razu po nałożeniu- nie czuć w ogóle że się cokolwiek na twarz nałożyło za co ogromny plus. Różnicę w nawilżeniu widać już po pierwszym użyciu.

Jedna pompka wystarcza na pokrycie całej twarzy, ale nie da się nałożyć tego produktu za dużo.

Przechodząc do ceny- w regularnej cenie musimy wydać 72 zł za 30 ml produktu. Dużo. Na szczęście Yves Rocher rozpieszcza nas licznymi promocjami- raz skorzystałam z promocji -50% na jeden produkt w sklepie, więc zapłaciłam za niego 36 zł, a kolejną buteleczkę kupiłam za 24,5 zł- wykorzystując kod, o którym pisałam Wam TUTAJ.

Podsumowując, jest to świetna rzecz zarówno dla wszystkich z Was, którzy borykają się z przesuszoną skórą jak i chcących poprawić poziom jej nawilżenia. Chociaż w regularnej cenie pewnie bym po niego nie sięgnęła, to w promocji jak najbardziej- czeka już na mnie kolejna buteleczka, która będzie mi towarzyszyć przez kolejne długie miesiące.

Znacie ten koncentrat nawilżający? A może znacie jakiś zamiennik tego produktu?

Ja skusiłam się na żel hialuronowy, który będę używać gdy skończę prezentowaną na zdjęciu buteleczkę i na pewno dam Wam znać, czy sprawdził się równie dobrze jak produkt francuskiej marki.

Trzymajcie się ciepło w ten deszczowy wieczór i do zobaczenia!

K. ;)

wtorek, 18 marca 2014

Coś na szorstkie ręce

Cześć Kochani,

Dzisiejszy post pragnę poświęcić kosmetykowi, który jakiś czas temu zagościł w moich skromnych progach i każdego dnia ratuje moje dłonie.

Każdy chciałby mieć gładkie, nawilżone dłonie, ale czy jest to możliwe gdy nasze ręce mają wiele obowiązków i są zapracowane? Moje dłonie od roku przechodzą wyjątkową walkę o byt - codzienne wyparzanie butelek czy smoczków (wrzątek nie raz zagościł na moich opuszkach czy też całych palcach) nie sprzyja w utrzymaniu gładkich dłoni. A przecież, żeby dotknąć, pomasować czy przytulić dziecko chciałoby się zrobić to rączkami miłymi w dotyku. No cóż tu z pomocą przychodzą kremy do rąk. Używałam różnych - o różnej konsystencji, zapachu, przeznaczeniu. Większość jakoś sobie tam działała, no nigdy jakoś bardzo nie narzekałam na tego typu kosmetyki. Jednak nigdy też żadnego nadmiernie nie wychwalałam. Lecz jakiś czas temu robiłam zamówienie kosmetyków bingospa i do darmowej wysyłki brakowało mi kilku złotych. Nie omieszkałam poszukać czegoś przydatnego. I tak oto trafiłam na balsam do dłoni - kokosowy.



Oprócz tego, że obłędnie pachnie, jest niesamowity. Na długo nawilża i przede wszystkim wygładza dłonie, dzięki czemu daje poczucie komfortu. A to przecież najważniejsze.
Zapach utrzymuje się wyjątkowo długo, równie długo co wygładzenie. Stosunkowo szybo się wchłania, choć nie tak szybko jak niebieska nivejka do rąk (która tym, że szybkim wchłanianiem się szczyci), ale nie pozostawia żadnej tłustej warstwy po sobie.
Konsystencja kremu jest dość gęsta i jak podejrzewam starczy mi takie opakowanie 100 gramowe na długo.



Opakowanie początkowo wydawało mi się nie poręczne (wole tubki zamykane (nie zakręcane!) ) , ale już zdążyłam się przyzwyczaić i nie narzekam. Takie oto pudełeczko można bez obaw nosić w torebce - na pewno się nie wyleje czy też nie otworzy.

Z produktu jestem bardzo zadowolona i nie wykluczam, że kupię ponownie. Jeżeli kupię to z wielą przyjemnością.

A Wy Kochane? Znacie ten balsamik :) ? 

Całuję,

Wasza Kasieńka :*

poniedziałek, 17 marca 2014

Zgadniecie gdzie ostatnio byłam?

Cześć!

Wracam po weekendzie, który spędziłam w rodzinnym domu, co przyczyniło się do mojej choroby. Więc dzisiaj pozdrawiam Was z wygrzanego łóżka, w asyście termofora i kubka gorącej herbaty.

W czwartek, z racji większej ilości wolnego czasu i świetnej oferty w sklepie, do którego zwykle mi nie po drodze, wybrałam się na łowy.

Wiecie o czym mowa?

Oczywiście o Biedronce i wielu świetnych organizatorach na kosmetyki.


Przeglądając Wasze blogi, doszłam do wniosku, że modele które kupiłam najczęściej się u Was powtarzają.
Na razie wstępnie poukładałam w nich rzeczy, myślę że jeszcze wiele zmian przed nimi. Chciałabym urządzić sobie kącik tylko i wyłącznie przeznaczony dla moich kosmetyków, więc idealnie się tam wpasują.

Po kolei:


16 przegródek, 12 ułożonych kaskadowo- czyli idealne miejsce na wszelkiej maści mazidła do ust. Dodatkowo znalazło się miejsce na kredki, tusz, paletkę cieni, róż, bronzer, rozświetlacz i Duraline, który już nie musi leżeć na dnie kuferka.

  
Tutaj mamy 4 przegródki, w których jak widać na zdjęciu trzymam waciki oraz patyczki do uszu. Świetną rzeczą jest pokrywka, dzięki której nasze przypory się nie kurzą.


I na koniec drzewko na biżuterię. Nie jestem do niego do końca przekonana, bo nie wiem czy nie spodoba się za bardzo mojemu kotu i czy będę mogła trzymać tak powieszone rzeczy, z których każda jest potencjalną zabawką. Ale sam pomysł drzewka bardzo mi się podoba- na biżuterię noszoną na co dzień sprawdzi się idealnie.


Pojemniki i drzewko wykonane są porządnie jak na cenę 10 zł, jaką musimy zapłacić za każde z nich. Cena jest bardzo atrakcyjna, bo większość takich pudełek, dostępna w sklepach stacjonarnych czy internetowych  jest o wiele droższa. Te tak mi się spodobały, że kupiłam dla mojej mamy taki sam zestaw i od razu jak je dostała to przełożyła wszystkie kosmetyki do nich.

Wybrałyście się też na zakupy? Które modele wybrałyście? Mi podobały się wszystkie i bardzo długo zastanawiałam się, które wrzucić do koszyka.

Z ostatecznego wyboru jestem bardzo zadowolona i mam nadzieję, że zdania o nich nie zmienię.

Wracam do spokojnego chorowania i do zobaczenia w następnym poście!

K. ;*

środa, 12 marca 2014

To w końcu chronić, czy nie?

Hej!

Dzisiaj chciałabym się skupić na temacie jakim są filtry do twarzy. Powiem Wam kilka słów na temat mojego podejścia i tego czego aktualnie staram się używać.

Słońca coraz to więcej, więc czas zastanowić się nad tym czym ochronić naszą twarz przed działaniem złego promieniowania.

Na wstępie chcę Wam powiedzieć, że produkt, który Wam prezentuję to pierwszy tego rodzaju kosmetyk jaki znalazł się w mojej kosmetyczce, więc nie mam porównania w działaniu z innymi, ale chętnie poznam Waszą opinię na temat tego jak i innych.


Przyjrzyjmy się produktowi firmy La Roche-posay o nazwie Anthelios. Zdecydowałam się na filtr 30.


Wcześniej nie zwracałam uwagi na ochronę przeciw słońcem mojej twarzy. Nigdy nie rozumiałam podejścia dziewczyn, które cały rok stosują filtr spf 50, żeby potem musieć się smarować samoopalaczem. Słońce było, jest i miejmy nadzieję będzie. Kiedyś nie chroniło się w ogóle twarzy i ludzie też żyli. Oczywiście leżąc na plaży w wielkim upale stosowałam na twarz krem ochronny, ale był to ten sam który lądował na całym moim ciele.

Próbuję to zmienić i zadbać bardziej o ochronę twarzy. Lecz nie do końca jestem przekonana do stosowania tego produkt. Dlaczego?

Zacznijmy od tego dlaczego zdecydowałam się właśnie na niego. Otóż magiczne słowa na opakowaniu: " Nie zostawia tłustej warstwy i śladów". Tak... No niestety, ale dla mnie to jest meeega tłusta warstwa. Nie da się z nim współpracować, jeśli nie damy mu pół godziny na dokładne wchłonięcie się, a haalo, kto ma rano pół godziny żeby przeznaczyć je na wchłanianie kremu? Ja na pewno do takiej grupy nie należę. Dodatkowo produkt bieli niesamowicie naszą twarz, ale taka natura filtrów podobno.

Więc stosuję go rzadko, gdy mogę sobie pozwolić na dłuższe przygotowanie przed wyjściem w słoneczny dzień. Kolejnym problemem jest to jak wyglądają na twarzy kosmetyki nałożone na ten produkt. Nie lubię płaskiego matu, nawet lubię jak twarz się lekko świeci, bo wg mnie wygląda to przynajmniej naturalnie. Ale bez przesady. Tutaj bez pomocy bibułek matujących co kilka godzin nie da rady. A skóry tłustej to ja raczej nie mam.



A co z ochroną? Wierzę, że jest, ale nie mogę stwierdzić nic więcej poza tym co jest napisane na opakowaniu. Krem ma nas chronić przed promieniowaniem UVA i UVB. Nie mam skóry wrażliwej na słońce, więc ciężko mi stwierdzić czy on nam pomaga. Jak na razie nie widzę żadnej różnicy między okresem gdy nie używałam filtra a tym jak ląduje on na mojej buzi.

Kolejna kwestia- jego cena. Jak widzicie na pierwszym zdjęciu, dorwałam go na promocji za niecałe 50 zł. Dużo. Regularna 70 zł- bardzo dużo. Jak dla mnie dużo za dużo. Na pewno nie wrócę do niego. Będę szukała czegoś, co będzie mniej lepiące po nałożeniu na cerę.

Dodatkowo produkt jest ważny 12 miesięcy od otwarcia. Jeśli stosowałybyśmy zalecaną ilość- czyli małą łyżeczkę do jednorazowej aplikacji, pewnie byśmy zdążyły go zużyć w zalecanym terminie. Ale kto nakłada tyle produktu? Ja nikogo takiego nie znam. Tak więc podzielę się tym produktem z mamą, żeby się nie zmarnował, bo szkoda by było.


Ciekawa jestem jakie jest Wasze podejście do ochrony twarzy. Stosujecie filtry? Czy wystarczają Wam te zawarte w kosmetykach kolorowych, których na co dzień używacie?

Miałyście do czynienia z tym konkretnym kremem? A z innymi? Napiszcie jak zachowują się inne, innych firm, czy zostawiają tę tłustą warstewkę, jak wygląda na nich podkład.

Pierwsze podejście do filtrów zaliczone, chociaż nie do końca udane.

Trzymajcie się,

K. ;*