poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Cowboy'skie Dallas od BeneFit

Witajcie Kochani,

Od kiedy sztuka mojego makijażu przekształciła się z dziewczęcej w kobiecą (czytaj: makijaż przestał się składać tylko z pudru i tuszu), zakochana jestem w wszelakich różach i bronzerach. Miłość jest tak silna, że kolekcja tych kosmetyków wciąż się powiększa. Każdy bowiem produkt jest inny i wyjątkowy.

Dzisiejszą gwiazdą jest róż brązujący w stylu dzikiego zachodu, gdzie w piekącym słońcu muśnięcie opalonej i rozgrzanej cery spowoduje rozświetlenie i zachwyt niejednego cowboya.




Pudełeczek BeneFitowskich jest wiele, a każde zawiera dopasowany pędzelek do swojego stylu. Tak jest i w Dallasie. Drewniana rączka z pięknym białym włosie wprost przenosi nas na dziki zachód.



Na pierwszy rzut oka, produkt wygląda na zwyczajny bronzer, ciut chłodniejszy (z mniejszą ilością pomarańczowego pigmentu) od popularnego Hoola. Pudełeczko jedna kryje w sobie rozświetlającą moc brązu z nutą przybrudzonego, ale jakże rozkosznego różu. Wszystko bowiem zależy od światła, dzięki któremu nie trudno oczarować swą zmiennością.
 

Już jego niewielka ilość wystarcza na pełne rozświetlenie i wykonturowanie twarzy. Krzywdy nie zrobi, choć z jego ilością lepiej nie przesadzać. Jest bardzo wdzięcznym, letnim kompanem.
 
 

Które pudełeczka od BeneFit zachwycają Was najbardziej? Chcecie poznać też inne? 

Całuję,

Kasieńka

czwartek, 21 sierpnia 2014

Dlaczego czasami warto zapomnieć kosmetyczki?

Witajcie Kochani,

Na początku sierpnia wybrałam się ze znajomymi na kilkudniowy wyjazd. Elegancko się spakowałam i wyjechałam. Na miejscu okazało się, że zapomniałam KOSMETYCZKI ( a więc nie miałam czym się wymyć , popsikać, odświeżyć, o malowaniu nawet nie wspominam) w której miałam również kolorówkę, aby malować moje koleżanki i co nieco je nauczyć ( one nie malują się wcale). Taka od nich wyszła prośba a tu proszę - Kasieńka gapa nie miała nic. Malowanie sobie odpuściłyśmy, ale moja cera potrzebowała szybkiego nawilżenia. Na ratunek - miejscowa drogeria! Tak oto nabyłam nowy krem do twarzy.


Chodząc po drogerii stwierdziłam, a co tam spróbuję w końcu czegoś z Green Pharmacy. Przeczytałam szybko etykiety kremów i wybrałam matujący, idealny do mojej cery. I to był strzał w dziesiątkę! Czasem jak widać warto zapomnieć kosmetyczki :)


Krem nie zawiera żadnych ''złych" składników, a jego naturalne składniki matują i regulują wydzielanie tego okropnego sebum. I jak możecie zauważyć kremu jest aż 150 ml! Kupując nie zwróciłam na to uwagę i myślałam, że wydaję 16 zł na 50 ml kremu jak zawsze, a tu w domu taka miła niespodzianka.


Tak jak obiecuje producent - krem matuje, na prawdę matuje i rzeczywiście nadaje się pod makijaż. Dla wielbicielek zmatowionej cery będzie to krem ideał. Pod makijażem zachowuje się jak dobra baza, szybko się wchłania i nie powoduje ważenia czy też rolowania podkładu i innych kosmetyków.
Jest to dla mnie niesamowite odkrycie, ponieważ kupując myślałam tylko o szybkim nawilżeniu i przetrwaniu wyjazdu.

Konsystencja kremu jest półgęsta, a jego kolor jest całkowicie biały. Po otwarciu wieczka do nosa przylatuje bardzo przyjemny, aczkolwiek delikatny i ożywczy zapach zielonej herbaty. Krem jest wydajny, niewielka jego ilość wystarcza mi na posmarowanie całej twarzy. Obecnie jest to mój podstawowy krem na dzień (inne poszły w odstawkę).



Uważam, że kosmetyk w pełni spełnia swoje zadanie i jestem bardzo na TAK. Osobą, które choć trochę lubią się naturalnie błyszczeć odradzam zakupu tej wersji kremu ( na pewno znajdą lepszą dla siebie), ponieważ uzyskają zbyt duży mat. Natomiast wielbicielkom takim jak ja - kochającym matową cerę, z całego serca polecam zakup tego produktu. Wychodzi na prawdę tanio (około 15/16zł za 150 ml!), i warto!

Zapomniałyście kiedyś kosmetyczki i odkryłyście jakiś fantastyczny kosmetyk? I kochane, czy znacie ten krem, zachwycił Was tak samo jak mnie? 

Bo ja jestem w nim zakochana od pierwszego użycia!

Buziaki,

Kasieńka :*  

sobota, 16 sierpnia 2014

Gdy coś pójdzie nie tak, na ratunek...

Witajcie Kochani!

Czy nie raz zdarzyło ci się namalować ciut za grubo, trochę krzywo, za mocno kreskę i do wyboru miałaś ją zostawić lub zmazać cały makijaż i zacząć zabawę od początku? Jeszcze ewentualnie można rozmazać, ale to już tylko pogarsza i tak już beznadziejną sytuację.
Na ratunek patyczki Sephora!


Zamknięte w niewielkim i bardzo poręcznym opakowaniu, patyczki kryją w sobie dużą pomocną moc. Osoba, która wymyśliła tego typu patent miała za sobą niemałe doświadczenie w ratowaniu kreski "domowym sposobem" ( tam, mam na myśli to co każda z nas już próbowała - patyczek do uszu moczymy w płynie/mleczku do demakijażu i jazda). Patent ten jest jednak dużo lepszy i bardziej przydatny, gdy gdzieś jedziemy lub bardzo się spieszymy.


Tak, w patyczkach zamknięta jest substancja do demakijażu. Jak widać jest to płyn dwufazowy, idealnie nadający się do oczu.


Jest to (najprawdopodobniej) dwufazówka Sephory, o czym świadczy kolor, zapach itd. Kto próbował tego produktu, wie że jest całkowicie przyzwoity i delikatny dla oczu - nie podrażnia, nie wysusza.
Jakoś produkt ze środka patyczka musi się wydostać, a jedynym sposobem na jego wydobycie jest przełamanie patyczka.


Patyczek przełamujemy na końcu, po stronie tej gdzie widać niebieską kreseczkę i przechylamy patyczek, tak by jego druga strona nasączyła się płynem. I gotowe!


Czas na użycie. Do testów zaradności patyczka używałam maskary oraz żelowego eyelinera They're real BeneFitu oraz eyelinera PUPY.

 Od lewej - maskara BeneFit, eyeliner PUPA, żelowy eyeliner BeneFit


Jak widać maskara i eyeliner PUPY nie ma szans przy patyczkach, natomiast eyeliner żelowy BeneFitu jest bardzo trwały (plus dla niego) i niełatwy do poprawek (minusik dla patyczków). Używając tego eyelinera najlepiej się nie mylić :)

Stosuję patyczki na co dzień i jestem z nich zadowolona, choć zdarza się, że przysparzają mi kłopotu i oko i tak musi iść całe do poprawki. Nie mniej jednak, w mojej kosmetyczce zawsze znajdzie się miejsce dla tego małego opakowania.

Jak zapatrujecie się na tego typu produkty? Uważacie je za zbędne czy wręcz przeciwnie?

Buziaki,

Kasieńka :*
P.S. Najlepiej używać ich na wyschnięty eyeliner (a nie tuż po nałożeniu!), żeby go zmyć,a nie jedynie rozmazać.

I przepraszam za jakość niektórych zdjęć, ale pogoda nas nie rozpieszcza i problem ze światłem jest :(

środa, 13 sierpnia 2014

Trochę poolejujemy włosy.

Witajcie Kochani, 

Czas wakacji to duże wyzwanie dla moich włosów. Muszę Wam się otwarcie przyznać, że w wakacje dbam o ciało i wygląd nieco mniej. A tak fachowo mówiąc, to daję ciału odpocząć od wszelkiego rodzaju kremów i innych takich. Na swoje usprawiedliwienie powiem, że to kwestia upałów, i nie chcę się nadmiernie pocić mając na sobie dodatkową warstwę kremu, olejku czy też innego specyfiku. Najgorzej jest z włosami. Słońce i piasek doszczętnie je wysuszają, a do tego noszę je ciągle w kucyku widząc jak z każdym dniem coraz bardziej się meczą. Czas jednak im pomóc, a środek sierpnia, gdy leje za oknem (tak właśnie teraz!) jest ku temu idealny.

O olejowaniu wie już każdy i nie mało kto stosuje. Ja również lubię bawić się w te tłuściutkie zabawy. Głównie stosuję przed myciem włosów - dużo i na całej powierzchni włosów, ale również po myciu - kropla by troszkę się błyszczały i nie były zbyt suche.

Jakiś czas temu (połowę butelki temu) zaopatrzyłam się w kolejny olejek w mydlarni u Franciszka. Mają tam na prawdę ciekawe produkty.

Olej z nasion lnu i masło shea - włoski olejek.  Uwielbiam Włochy, ich kuchnie, kosmetyki itd. więc jak bym nie mogła kupić tego olejku?!



Zacznę od jego fantastycznego zapachu. Nie opiszę go, ale musicie mi wierzyć na słowo. Jest cudowny :) A do tego wszystkiego największy plus za opakowanie - otóż jest to atomizer! Bez brudzenia rączek nakładamy tyle produktu ile chcemy w te miejsca które chcemy. Czyż nie jest to absolutnie idealne rozwiązanie. Jest niezwykle prosty w użyciu. 
 


Olejek można stosować na kilka sposobów.
Po pierwsze przed myciem - należy zostawić na około  20-30 minut i następnie umyć klasycznie szamponem. Uwierzcie, włosy po takim zabiegu są mięciutkie i pyszne w dotyku.
Drugi sposób to użycie oleju po myciu szamponem na mokre włosy. Niewielka ilość pomaga w rozczesaniu i zabiegach kosmetycznych.
Trzeci sposób to niewielka ilość na włosy suche. Olej dodaje blasku i połysku, jak również chroni i pielęgnuje.


Produkt sprawdza się bardzo dobrze. Uwielbiam go stosować na wszystkie produkty i na prawdę polecam każdemu kto lubi odkrywać nowe kosmetyki których nie zna. Na pewno kupię go ponownie, tym bardziej, że jest prawdziwie włoski, naturalny i praktyczny.

Moje włosy wracają do dawnej kondycji, a ich miękkość każdego dnia zaskakuje mnie na nowo.

Znacie już tego Pana Olejka? A może czegoś więcej chcecie się jeszcze o nim dowiedzieć?

Całuję,

Kasieńka :*