poniedziałek, 9 lutego 2015

Czekolada bez kalorii

Witajcie Kochani!

Na pewno nie jedna z Was, tak samo jak ja, uwielbia czekoladę i marzy o tym by ta nie tuczyła lub "poszła w cycki". Dlatego dzisiaj pragnę Wam przedstawić, ku mojemu szczęściu już dostępną w Polsce, paletkę Chocolate Bar od Too Faced.


Miałam na nią chrapkę od kiedy tylko o niej usłyszałam. Nie dość, że piękna to do tego jaki pomysł!
Paletka wzorowana na tabliczce czekolady -nawet nią pachnie. Już po otwarciu unosi się przyjemny, delikatny i bardzo słodki zapach. Kojarzy mi się jednoznacznie z białą czekoladą. Każde otwarcie wieczka wzmaga we mnie szybkie bicie serca i rozpala zmysły. Nawet po aplikacji cieni czuję wokół siebie czekoladową aurę. Jest to niezastąpiona tabliczka czekolady dla każdej czekoladomaniaczki.


Nawet nazwy cieni wzorowane są na przepysznych smakołykach. A ponadto do paletki dołączone sa przykładowe makijaże - również nazwane tak bardzo czekoladowo :)
 





 Cienie są przepiękne i dobrze napigmentowane. Dzięki zawartości zarówno matowych jak i błyszczących prostokącików - można wyczarować cudowne i powalające makijaże. Cudowne le no make up na codzień czy też bardziej drapieżne looki na wyjście. Cienie same chcą z nami współpracować, dlatego sądzę, że każdy ale to każdy sobie poradzi i wyjdzie na zewnątrz z pięknym podkreślonym okiem.

Duże i podkreślone oko wzmaga we mnie pewność siebie, dlatego wybieram tę czekoladkę po lewej. A Ty, która wolisz :)?




Dajcie znać czy jesteście ciekawe swatchów i przykładowego make up :)

Całuję, 
Kasieńka

niedziela, 8 lutego 2015

Kremy w rozmiarze XXL

Cześć!

Przychodzę dzisiaj do Was z porównaniem dwóch ogromnych opakowań kremów do rąk. Każdy z nich pochodzi z limitowanych kolekcji- ale nie martwcie się, te wchodzą co jakiś czas do skepów, gdzie możemy je znaleźć- a mianowicie do Rossmanna i DM-u. Na tapetę bierzemy krem Isana i Balea. Ciekawi który zwycięża?


Tych dwóch oto panów to 300 ml dobroci zamkniętej w poręcznej buteleczce z pompką. Szata graficzna to kwestia względna- ja wybieram odcienie fioletu- z prostej przyczyny- pasują mi do sypialni. (Kto by tam się rozwodził nad działaniem, skoro pasuje do sypialni! :D)

Cena jest również podobna- za Isanę trzeba dać niecałe 6 zł, za Balea 36 koron czeskich- co daje około 5,5 zł (w promocji). Jak na taką ilość kremu- wg mnie cena jest rewelacyjna.

Opakowanie i cenę mamy już omówione- przejdźmy do składów.


Zapach- dla mnie oba są świetne. Isana to lekko kwiatowy, ale zdecydowanie nienachalny zapach- a fanką kwiatowych zapachów nie jestem- jednak ten ma w sobie "to coś".  Balea również jest strzałem w dziesiątkę- ale tutaj już zdecydowanie trudniej jest mi określić konkretnie jaki to zapach- po prostu przyjemny. Oba nie utrzymują się na dłoniach specjalnie długo.


Pierwsza większą zmianę dostrzegam w konsystencji dwóch rywali. Isana jest zdecydowanie bardziej wodnista niż Balea. Jeśli chodzi o wchłanianie się to oba szybko wsiąkają w skórę, pozostawiając jednak uczucie nawilżenia- wiemy, że coś na nie nałożyłyśmy, nie znikają w niewyjaśnionych okolicznościach. Pompki dozują dosyć dużą ilość produktu- ja zazwyczaj wyciskam pół pompki- i wystarcza to spokojnie na dłonie. Z racji tego, że pojemniczki mieszkają przy moim łóżku- często krem ląduje też na moich stopach- i tutaj też działa poprawnie.

Ale który lepiej? Isanę używam już od około roku- więc wydajność jest kosmiczna! Około miesiąc temu otworzyłam także Balea- i muszę przyznać, że jej działanie jest lepiej zauważalne na skórze. Czuję, że mogę aplikować ją rzadziej w ciągu dnia- a po nocnej kuracji czuję zdecydowaną poprawę stanu moich dłoni. Co nie oznacza wcale, że krem z Rossmanna jest zły. Drugi po prostu lepiej dogadał się z moją skórą i jeśli miałabym kolejny raz wybór, zdecydowanie sięgnęłabym po czeską wersję.


Podsumowując- świetne rozwiązanie do stosowania w domu! Na dzień dzisiejszy wybieram markę Balea i jej wersję kremu, ale ten z Isany również darzę dużą sympatią- w końcu spędziliśmy mój ostatni rok życia razem! Jest to na prawdę ciekawa propozycja za niewielkie pieniądze! Wypróbujcie- nie powinniście być rozczarowani!

Znacie te kremy do rąk? Zużywacie je na potęgę? Może macie jakąś inną firmę, która również oferuje takie duże pojemności?

Czekam na informacje, a teraz jeśli pozwolicie, pójdę posmarować ręce kremem- to uzależnia!

Buziaki!

K. :*

środa, 4 lutego 2015

1/2015

Hej!

Ostatnio myślałam sobie- nie będę robić co miesiąc projektu denko, bo przecież raz na dwa miesiące będzie trochę więcej do napisania. Tak, tylko że w styczniu skończyło mi się wszystko, absolutnie wszystko. Nie miałam już miejsca na składowanie tych pustych opakowań- tak więc zaraz będę mogła się ich pozbyć!

Isana creme mydło do rąk aloes & jogurt 

Bardzo lubię te mydełka. Są bardzo tanie, wydajne, nie przesuszają rąk. Pamiętam, że byłam dosyć zdziwiona, gdy zauważyłam, że uzupełnienie jest droższe niż opakowanie z pompką- trzeba zawsze porównywać cenę. Dostępne są różne wersje zapachowe i po prostu je zmieniam po zużyciu opakowania. Dostępne- jak to Isana- w Rossmanie.





Avon planet spa oczyszczająco-wygładzający scrub do ciała z brazylijskimi jagodami acai

200 ml przyjemnie pachnącego- jogurtem z jagodami!- peelingu zamknięte z wygodnym opakowaniu. Jeśli chodzi o właściwości ścierające- to szału nie było. Nie był najgorszy- ale nie zachwycił mnie na tyle, żeby do niego chcieć wrócić. Po jego użyciu ciało było bardzo przyjemne, gładkie- ale podejrzewam, że to głównie ze względu na zawartość parafiny w składzie.


Isana med 5,5% urea emulsja do ciała 

Kupiłam za kilka złotych w Rossmanie z zamiarem stosowania na wymagającą skórę moich ramion- i spisał się bardzo dobrze- skóra była wygładzona, gładka, nawilżona. Spodobał mi się na tyle, że często lądował na całym ciele i spełniał swoje zadanie. Z pewnością będę do niego regularnie wracać- bo za niską cenę dostajemy naprawdę dobry produkt o zauważalnym działaniu. Dodatkowo jest bardzo wydajny, błyskawicznie się wchłania i jest bezzapachowy.




Avon solutions butt lifter- serum ujędrniające pośladki

Na szczęście było tanie! Zakupiłam zachęcona działaniem serum z Eveline- które było bardzo dobre. Myślałam, że może to równie dobrze zadziała- ach ta nasza babska ciekawość! Niestety- nie zauważyłam żadnego, ale to żadnego działania. Nie ujędrnił, nie wygładził, nie napiął, nawet nie nawilżył. Więc po co mam się męczyć i w ogóle cokolwiek stosować? Bubel!





Beyonce heat rush mgiełka do ciała

Produkt, który bardzo lubiłam używać latem- ze względu na słodki zapach oraz zawartość rozświetlających drobinek. Zapach- prześliczny- słodki, ale ma w sobie "to coś". To co mi bardzo przeszkadzało- to jego glutowata konsystencja. Atomizer rozpylał ogromne krople produktu- które potrafiły tworzyć plamy na ubraniach- a tego nie lubimy, oj nie. Trzeba było uważać i stosować tylko na ciało- efekt, jaki dawały drobinki był bardzo subtelny. Niesamowicie przyjemna mgiełka i bardzo wydajna. Co do utrzymywania się to niestety najtrwalszy to ten zapach nie był.



Avon Advance Techniques serum na suche i zniszczone końcówki

Zakupiłam zachęcona miliardem pozytywnych opinii w internecie. Było okej- bez zbytniego zachwytu. Ładnie wygładzał te końcówki, jakoś zlepiał, pewnie ochraniał, ale  na moich kręconych włosach efektu wow nie zauważyłam. Ot taki, porządny produkt. Aplikację umilał bardzo, bardzo przyjemny zapach- mój nos wyczuwał woń melona, który nawet chwilę się na tych włosach utrzymywał. A co do wydajności- to jak najbardziej zadowalająca- buteleczka 30 ml wystarczyła na ponad pół roku.



Isana zmywacz do paznokci

Tutaj- tak jak z poprzednikiem- kto o nim jeszcze nie słyszał? Świetny produkt! Faktycznie- zmywa wszystko po przyłożeniu, nie trzeba mocno trzeć, zdzierać na siłę. Trochę podśmierduje, ale zapach jest ulotny. Nie rozmazuje lakieru wkoło paznokcia, wystarczy jeden płatek do zmycia wszystkich paznokci rąk, czy nóg- więc czego więcej można wymagać od zmywacza do paznokci? Według mnie niczego!




Essence nail art special effect topper 01 it's purplicious

Wyrzutek- zdążył zgęstnieć. Nie pamiętam ani kiedy go kupiłam- a tym bardziej kiedy używałam. Zwykły, pstrokaty brokat- zdecydowanie nie tego teraz szukam w lakierach do paznokci.







Perfecta no problem żel myjący, peeling i maseczka

Kiedyś lubiłam i używałam produktów typu 3 w 1, niestety ten się nie sprawdził. Jako żel- absolutnie, był bardzo ciężki do rozsmarowania jak i do mycia- wszędzie zostawały białe drobinki. Jako peeling- tutaj to w ogóle nie rozumiem- równie dobrze można zrobić "peeling" samą wodą- bo tam nawet nie miałoby co ścierać naszego martwego naskórka. Jako maska- tutaj niby najlepiej, ale również bez szału. Zużyłam jako bazę do glinek- ale nie zachwycało mnie jego działanie, zatem żegnam się bez żalu.



e-naturalne francuska glinka żółta

Zachęcona wypróbowaną maseczką z glinką zieloną, kliknęłam przy okazji również tę żółtą. Gdybym nie znała możliwości zielonej- zapewne tą byłabym zachwycona. Jednak w porównaniu do tej pierwszej, działanie tej było mniej spektakularne- ale nadal dobre. Jedynie co- to źle się ją zmywało i zawsze jakaś reszta lądowała na ręczniku do twarzy. Lekko zasuszała zmiany, poprawiała koloryt- ale nie planuję powrotu.



Garnier płyn micelarny 

Nasza znajomość była burzliwa- na początku nie rozumiałam zupełnie zachwytu nad nim. Nie domywał makijażu- a jakiegoś mocnego to nie noszę, lekko piekł  mnie w oczy, zalatywał alkoholem. Po mniej więcej połowie butelki- stał się delikatniejszy, zaczął jakoś lepiej domywać wszystko- ale nadal nie radził sobie np. z tuszem do rzęs w 100%. Mimo wszystko- pozostawił po sobie pozytywne wrażenie. 400 ml, niska cena i bardzo dobra wydajność- bo wystarczył na ponad 4 miesiące- sprawiają, że na pewno po niego sięgnę jeszcze kiedyś, aby wyrobić sobie o nim pewne zdanie.



Dermedic hydrain3 hialuro maska nawadniająca

O niej pisałam w TYM poście. Bardzo lubiłam jej używać, gdy czułam, że moja skóra potrzebuje dodatkowego kopa nawilżenia. Miły, orzeźwiający zapach uprzyjemniał aplikację. Nakładałam dosyć grubą warstwę i czekałam, aż skóra zassie tyle, ile potrzebuje, wtedy zmywałam resztki i postępowałam zgodnie z jej potrzebami. Nie lubiłam stosować jej na noc- wtedy wszystko się przyklejało do mojej twarzy- więc budziłam się z warstwą kurzu i sierści kota zamiast z piękną skórą. Zdecydowanie zachęciła mnie do sprawdzenia innych produktów tej firmy- czaję się na serum nawadniające.


Yves Rocher sebo vegetal żel-krem z oczyszczającym proszkiem z tarczycy bajkalskiej

... czymkolwiek ta tarczyca nie jest. Krem kierowany jest do osób ze skórą z niedoskonałościami- czyli teoretycznie takiej, jaką ja mam. Był bardzo wydajny- bo wystarczył na ponad pół roku. Minimalna ilość wystarczyła na pokrycie całej twarzy. Gdy nałożyłam odrobinę za dużo potrafił się sam zrolować- nie mówiąc już o podkładzie. Przez to też miałam co do niego mieszane uczucia. Nie uważam też, żeby w jakiś znaczący sposób poprawił stan mojej skóry. Zły nie był, ale nie tego oczekuję od kremu, co był w stanie mi zaoferować. Przynajmniej prześlicznie pachniał.
tea tree essential oil 100% pure

Niezmiennie używam przy oczyszczaniu twarzy olejami jak i na wrastające włoski. Czasem ląduje na zmianach skórnych- ale jego działanie nie do końca mi odpowiada. Poprzednio kupowałam olejek innej firmy- i mam wrażenie, że tamten był nieco lepszy. Ten niby też jest czystym olejkiem- ale jego działanie ni było równie dobre.





Bourjois podkład healthy mix 53 beige clair

Moja podkładowa miłość. Niesamowity- kryjący, ale rozświetlający, przy tym nawilżający. Wydajny, dobry wybór kolorystyczny. Ochy i achy wylewałam przy okazji porównania dwóch wersji tego podkładu- o czym możecie poczytać TUTAJ. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jest to najlepszy podkład, jakiego do tej pory miałam okazję używać.





Catrice camouflage cream 020Light Beige

Same hity! Porządny kamuflujący korektor. Idealnie sprawdzał się na zmiany na skórze. Pozostawał na miejscu cały dzień, nie podkreślał ich zbędnie. Pod oczy wg mnie jest za ciężki, tak jak na powiece się nie sprawdził jako baza pod cienie- rolowały się dosyć szybko na nim. Kolory tego produktu są 3- ja wybrałam ten środkowy i spokojnie dało się go ładnie wpracować w skórę.




I próbki, próbki!

Dermika Lily-skin bez rewelacji, plus za SPF.

Oriflame oxygen boost- poprawny, ale nie próbka nie zachęciła mnie do sięgnięcia po pełne opakowanie.

Guerlain super aqua-serum light- spodziewałam się czegoś znacznie, znacznie lepszego. Sprawdził się porównywalnie do kremu Nivea, więc po co przepłacać, jak nie widać różnicy? Nie zauważyłam tego efektu nawilżenia cery, które miałoby jeszcze wypchnąć zmarszczki.

Yves Rocher Quelques Notes d'Amour- po otwarciu nie zachwycił mnie, rozwijał się też raczej średnio na mojej skórze. Zdecydowanie nie mój typ zapachu.

Sephora baza wygładzająca- kolejne opakowanie, kiedyś dostałam ich kilka i raz na jakiś czas otwieram sobie na specjalną okazję jedną i używam przez pewien czas. Lubię- faktycznie przedłuża trwałość makijażu i jest szalenie wydajna- próbka wystarcza spokojnie na 5-6 razy.

I tym oto sposobem dobrnęliśmy do końca! Całkiem sporo się tego nazbierało. Tak więc pożegnam się z Wami szybko- bo zapewne i tak wszystkiego nie przeczytaliście.

Czy znacie produkty, które dobiły w poprzednim miesiącu u mnie dna? Lubicie?

Czekam na odzew i do zobaczenia następnym razem!

K. ;*