czwartek, 29 maja 2014

5/2014

Cześć!

Koniec miesiąca za pasem, a więc czas na co? Na projekt denko!

Składając wszystkie kosmetyki w jednym miejscu dopiero dochodzi do mnie, że trochę tego zużywam. Cieszę się z tego powodu, bo moje zapasy troszkę się uszczupliły, dzięki czemu mogę sięgać po nowe rzeczy.

Nivea żel pod prysznic sunny melon & oil

Kupiłam ze względu na zapach. Bardzo lubię każdy kosmetyk pachnący melonem, nawet tym sztucznym. Żel był okej, ale był bardzo mało wydajny- 250 ml znikało w zastraszającym tempie. Dodatkowo miał w sobie takie perełki- zapewne z tym olejkiem- ale bardzo ciężko było je rozgnieść na ciele, więc większość z nich spłynęła do odpływu.

Jak za tą cenę to wypadł bardzo słabo i raczej już do niego nie wrócę.



Soraya balsam do ciała wygładzająco-nawilżający

Dostałam go w zeszłym roku na urodziny od przyjaciółki i dopiero przyszła na niego kolej teraz, a bliżej już do moich kolejnych urodzin niż tamtych. ;) Był okej, ale nie powalił mnie. Nawilżał przeciętnie, napakowany parafiną ale zły nie był. Ładnie wygładzał skórę, ale nie był to długotrwały efekt. Miał przyjemny, bardzo delikatny zapach i był wydajny jak na pojemność 200 ml.

Może kiedyś się skuszę na jakiś inny balsam z tej serii, żeby mieć porównanie.


Eveline termoaktywne serum modelujące talię, brzuch i pośladki

Klika słów o nim możecie przeczytać w sezonowych- zimowych ulubieńcach. TUTAJ. Był świetny właśnie zimą- cudowne uczucie jak dla mnie, chociaż jak się przesadziło z aplikacją to aż za bardzo rozgrzewał. Poza tym nie zauważyłam na pewno żadnego wyszczuplenia ani ujędrnienia, ale przyjemnie wygładzał skórę. Jedyne co mi nie pasuje to zapach, chociaż nie czuć go za bardzo po aplikacji. Na pewno wrócę do niego w chłodniejsze dni- 250 ml wystarczyło mi na dobrych kilka miesięcy zimniejszych wieczorów.



Lefrosch Pilarix krem

Kolejny ulubieniec i to już z dłuższym stażem. Niezawodny- polecony przez dermatologa. Wiele zużytych opakowań za mną i z pewnością to nie było ostatnim. Dostępny w aptekach, wydajny. Ciężko się rozprowadza, ale działanie wynagradza trud włożony w aplikację. Dla mnie najlepszy na szorstką skórę.





Farmona sweet secret krem do rąk banan i kokos

Krem jak krem. Ani nie był zły ani jakoś wybitnie dobry. Za to masakrą jest opakowanie- nakrętka, która powinna się otwierać na zatrzask po prostu odpada od buteleczki- gwint się luzuje i koniec- nie da się zamknąć kremu . I nie jest to jedyny egzemplarz gdzie taka rzecz się dzieje. 100 ml- czyli całkiem sporo, zużywałam tylko i wyłącznie w domu bo nie da się go zabrać. Wyrzucam już z miłą chęcią bo wylewanie go przez tę wielką dziurę nie należało do przyjemności.



Neutrogena krem do stóp

Och, tragedia. Ten krem był tylko i wyłącznie tłusty. Dziwnie pachniał- jakimś mentolem chyba. Po nałożeniu zwykle zakładałam skarpetki bo jak tego nie zrobiłam to wszystko było w okropnie tłustej powłoczce. Po zastosowaniu na noc z parą grubych skarpetek, rano czułam się tak jakbym nic nie nałożyła na nie- więc wolę nic nie nakładać. 100 ml okropnej męki!




Lirene peeling enzymatyczny

Delikatny peeling, stosowany regularnie przynosił fajne efekty. Zwykle trzymałam go na twarzy około 15 minut- dłużej niż zaleca producent. Zawsze zastanawia mnie czy mogę go nałożyć na brwi- bo jednak się boję że coś mi tam może rozpuścić. Wiecie może?

Bardzo wydajny- wystarczy odrobina rozprowadzona na całej twarzy i daje taki sam efekt jak duża ilość. Minusem jest zmywanie go, bo on tak jakby oblepia twarz ale da się to znieść. Bardzo przyjemny produkt i chętnie do niego kiedyś powrócę.


Dolce & Gabbana the one

Niestety zużyłam też perfumy- the one- tę klasyczną wersję. Super zapach, ekskluzywny i niestety bardzo drogi. Podobał mi się, chociaż pod koniec już zaczynał mnie męczyć. Mimo wszystko bardzo przyjemnie mi się go używało. Długo utrzymywał się na mnie i czułam go na ubraniach.



Himalaya Hebrals- pasta do zębów Mint Fresh

Z całej rodziny tych past ta była najgorsza. Bardzo intensywna, piekła mą wrażliwą buzię. Nie wrócę tak jak do poprzedników.


I jak to zwykle u mnie bywa na końcu- próbki

Biovax A+E serum wzmacniające- miałam już kiedyś pełnowymiarowe opakowanie i było bardzo fajne, napakowane silikonami ale moje włosy to lubią

Yves Rocher wyszczuplający żel SOS DETOX- o fe! Waliło cifem i po 5 ml nie zauważyłam nic, wiem jedynie że na pewno nie kupię pełnowymiarowego poakowania.


I to by było na tyle. Tyle udało mi się zużyć w ciągu ostatniego miesiąca. 

Dajcie znać jak tam Wasze zapasy i jak Wam idzie zużywanie kolejnych pootwieranych rzeczy, bo mi całkiem nieźle i mam nadzieję, że u Was jest tak samo. Znacie coś co pokazałam?

Pozdrawiam,

K. ;*

poniedziałek, 26 maja 2014

Lubicie błyszczeć?

Cześć!

Przychodzę dzisiaj z tematem błyszczenia. No właśnie. Każda z nas lubi błyszczeć. Ale niekoniecznie się błyszczeć. Produkt, który dzisiaj Wam przybliżę z pewnością nie zrobi z Was bombki choinkowej! Gotowi?


Rozświetlacz- gości w mojej kosmetyczce od około roku. Jest to z jednej strony sporo czasu, a z drugiej niebyt dużo. Wcześniej nie wpadłabym na pomysł posmarowania się czymś, co zawsze kojarzyło mi się z brokatem. Zostawałam przy różu i wystarczyło mi to. Po wkręceniu się w tematykę kosmetyków stwierdziłam, że spróbuję- skoro większość z Was tego używa, to może jest w tym jakiś sens?

I przepadłam!

Mój wybór padł na rozświetlacz formy Revlon- ColorStay mineral finishing powder w odcieniu 010 Brighten. No pudrem wykończeniowym to bym go nie nazwałam, ale dobrym rozświetlaczem już owszem.


Po otwarciu przezroczystego opakowania naszym oczom ukazuje się sprasowany puder w różnych odcieniach różu pomieszanego z białym. W opakowaniu znajduje się aż 8.79 g produktu- jest to bardzo dużo, używam rozświetlacza rok i ledwo co widać jakiekolwiek zużycie.

Na początku bałam się, że jednak będzie dla mnie za jasny. Zresztą z założenia podchodziłam do niego sceptycznie- nie dość, że różowy to mam się świecić? Ale spróbowałam. Po nałożeniu daje efekt pięknie rozświetlonej tafli. Zero jakichkolwiek drobinek, zero świecenia. Jedynie zdrowy blask.


Na ręce, aby cokolwiek zobaczyć nie szczędziłam produktu. Normalnie używamy go zdecydowanie mniej i możemy cieszyć się pięknie podkreślonymi kościami policzkowymi, wewnętrznymi kącikami oczu czy łuku kupidyna. Właśnie w tych miejscach ląduje on najczęściej i jestem niesamowicie zadowolona z efektu jaki daje na twarzy. 

Zazwyczaj nakładam go jakimś małym, dosyć precyzyjnym pędzelkiem. Świetnie też spiszą się w celu aplikacji nasze palce. Odrobina nałożona na palec serdeczny i przytknięta w odpowiednie miejsce zapewni nam również śliczny efekt końcowy.

Jeśli chodzi o utrzymywanie się na twarzy to bardzo dobrze to wygląda- tak jak go nałożymy na podkład czy puder wytrzyma do wieczora o ile mechanicznie go nie zetrzemy rękami. Nic nie wędruje po twarzy, nie rozmazuje się.

Co do dostępności to raczej średnio- ja swój egzemplarz zamówiłam w internecie i tam też radzę Wam się za nim rozejrzeć, wydaje mi się że w szafach w sklepach jest on niestety niedostępny. Cena- około 35 zł za produkt, który starczy Wam na lata.


A tak prezentuje się na twarzy:
na kościach policzkowych
 
na kościach i w wewnętrznym kąciku

Podsumowując- uważam, że była to w moim wypadku bardzo dobra inwestycja. Z ogromną przyjemnością sięgam po ten produkt na co dzień jak i na większe wyjścia. Produkt nie zawiera w sobie żadnych drobinek, doda naszej cerze jedynie zdrowego blasku. Polecam każdemu, nawet jeśli nie jesteście przekonane do tego typu produktów. Mnie do siebie przekonał i mam ochotę na poznanie innych tego typu produktów.


Znacie ten rozświetlacz? Używacie na co dzień, czy jednak jesteście zwolenniczkami matu na twarzy? 

Tak więc niech zdrowy blask bije od nas!

Trzymajcie się,

K. ;*

niedziela, 18 maja 2014

SEPHORA mineral

Cześć!

Nadszedł ten czas, kiedy chcę się podzielić z Wami moją opinią na temat podkładu w kompakcie, którego już od jakiegoś czasu używam. Jakiegoś czasu- ponad półtora miesiąca i to dzień w dzień. Jak się u mnie sprawdził?




Przyznam szczerze, że nigdy wcześniej nie miałam styczności z tą marką. Myślałam, że ich produkty są bardzo drogie i jakoś nawet nie ciągnęło mnie w ich stronę aby sprawdzić jak się spisują. Na szczęście to się zmieniło i sięgnęłam po ich kosmetyki. Jak na razie, na żadnym się nie zawiodłam.

Tak samo jest w przypadku tego podkładu.


Po otwarciu naszym oczom ukazuje się to oto cudeńko- 10 gram sprasowanego produktu z wytłoczonym logo Sephory. Prezentuje się to wg mnie bardzo ładnie i luksusowo. Całość zamknięta jest w plastikowym- ale bardzo solidnym opakowaniu. Nie spotkałam żadnych problemów przy jego otwieraniu nawet z bardzo długimi paznokciami, więc pierwszy plus na wstępie.

Dalej wcale nie jest gorzej.


Po podważeniu jednej części ukazuje nam się kieszonka skrywająca gąbeczkę do nakładania naszego podkładu i całkiem spore lusterko. Na co dzień go nie używam, ale na jakiś wyjazd będzie jak znalazł!

Zostańmy chwilę przy gąbeczce. Jest ona dwustronna. Część biała ma nam pozwolić uzyskać delikatne krycie, zaś czarna- pełne.


Gąbeczka jest niesamowicie miła w dotyku. Ale nie takie jej zadanie, żeby nam się ją miło maziało. Dawałam jej szansę i... nie jest źle! Czarna strona faktycznie potrafi zapewnić nam mocniejsze krycie, jednak ma stosunkowo małą powierzchnię i trochę trzeba się nią namachać. Przy użyciu białej strony nie uzyskujemy efektu podkładu, bardziej sprawdza się jako puder na wykończenie. Mnie ten efekt nie interesuje, bo w końcu kupiłam ten produkt jako podkład. 

Na co dzień wolę sobie go nałożyć pędzlem- jest po prostu szybciej i wg mnie wygodniej. Za to na wyjazd nie będę już musiała zabierać kolejnego grata- pędzla do podkładu i z pewnością gąbeczka mi wystarczy. Kolejny plusik.


Wybrałam z pomocą Pani w drogerii dobrałyśmy dla mnie kolor 30- medium czyli średni. Jest bardzo dobry. Zastanawiałam się między nim i o ton jaśniejszym, jednak doszłam do wniosku, że lada chwila się opalę więc już jaśniejsza nie będę i ten kolor będzie bardziej odpowiedni.

Przy pomocy tego podkładu ciężko jest wyrządzić sobie krzywdę. Naprawdę trzeba by się nieźle postarać, aby zrobić nim sobie maskę. 

Na ręce i twarzy prezentuje się następująco:




Co do trwałości- daje radę! Zaaplikowany rano, nawet nie przypudrowany trzyma się mojej cery cały dzień. Jeśli dodatkowo wieczorem muszę gdzieś wyjść to kontroluję jego stan i ewentualnie wspomagam się bibułką matującą. Nie uczulił mnie, nie spowodował wysypu niespodzianek, nie przetłuszcza cery. 

Mój mały ideał! Już wiem, że nie będzie to moje jedyne opakowanie. Do sprawdzenia również mam wersję podkładu mineralnego Sephory, ale w formie sypkiej i mam nadzieję, że sprawdzi się równie dobrze.

Co do ceny- regularna to 59 zł. Niby sporo, ale biorąc pod uwagę jego wydajność- starczy nam na podejrzewam rok- do przełknięcia. Dodatkowo Sephora często kusi nas przeróżnymi promocjami. Ja swój egzemplarz kupiłam przy okazji akcji -40% po oddaniu jakiegokolwiek zużytego kosmetyku i tym oto sposobem zamieniłam stary beznadziejny tusz na ten podkład za cenę 35,4 zł. To mi się podoba!


Miałyście styczność z podkładami Sephory? Sprawdziły się Wam równie dobrze jak mnie? 

Jeśli nie, mam nadzieję że po przeczytaniu mojej recenzji będziecie bardziej skłonne bliżej przyjrzeć się temu kosmetykowi.


Trzymajcie się ciepło! Pozdrawiamy,

K. razem ze swoim idealnym podkładem! ;*

sobota, 17 maja 2014

Fake up marki BeneFit

Cześć Kochani,

Większość kobiet choć raz w swoim życiu boryka się z problemem cieniami pod oczami. Czasem to taka uroda, innym razem brak snu spowodowany pracą czy dzieckiem, a nie tak rzadko nadchodzi to z przemijającym czasem. Na ryku kosmetycznym znajdziemy wiele produktów pomagających walczyć z tym problemem. Są to zarówno dłuższe kuracje w postaci kremów czy roll-on'ów, ale jak zawsze znajdą się też takie, które działają doraźnie.

Produktu pozwalające cieszyć się piękną, promienną cerą natychmiast po aplikacji to najczęściej wszystkim dobrze znane korektory. Jednak nie każdy korektor temu zadaniu doskonale sprosta.
Marka BeneFit stworzyła wzbogacony witaminą E i ekstraktem z pestek jabłek korektor nawilżający "Fake up" pod oczy (dostępny w 3 kolorach).


Jego wyjątkowość tworzy niezwykłe połączenie kryjącego korektora z pierścieniem nawilżającym. Środek ukryje cienie i wygładzi drobne zmarszczki, natomiast kompleks nawilżający zadba o dobrą kondycje delikatnej skóry wokół oczu. Kremowa konsystencja produktu nada się zarówno pod podkład, jak i na puder. Każde makijażowe połączenie będzie odpowiednie by móc cieszyć się idealnym makijażem przez cały dzień.



Korektor w sztyfcie jest niezwykle prosty w obsłudze, a zblendowanie produktu nie stanowi żadnego problemu. Tuż po aplikacji ucieszy nas gładka, ujednolicona skóra wokół oczu.
Jednak jak każdy dobrze wie, produkt o konkretnym przeznaczeniu, nie musi służyć tylko do tego. Korektor równie dobrze sprawdzi się na przebarwienia i niedoskonałości, jednak podkreślić może suche skórki co stanowi jedyną wadę produktu.


Produkt dostępny w Sephorze, która ma wyłączność na markę BneFit w Polsce w cenie 119 zł.


Znany Wam jest ten produkt? Czy jesteście zadowolone? A może macie swój sprawdzony korektor? 
 
Całuję,

Kasieńka :*

P.S. Przypominam o naszym rozdaniu Klik i jesteś w rozdaniu :)

wtorek, 13 maja 2014

100 postów za nami! Rozdanie dla Was!

Cześć!

Witamy Was bardzo serdecznie. Miło nam poinformować Was, że ten oto post, który macie właśnie przyjemność oglądać jest naszym setnym postem.

Bardzo nam miło z tego powodu! Dziękujemy za każdy komentarz, każdą wizytę. To dla Was piszemy i dzięki Wam sprawia nam to tak ogromną radość.

Z tej okazji zapraszamy na rozdanie.


Przygotowałyśmy zestaw, który same uwielbiamy i używamy z miłą chęcią praktycznie codziennie.

W skład wchodzi:

- róż Bourjois w odcieniu 95 Rose de jaspe- najbardziej uniwersalny odcień z ich gamy, będzie pasował absolutnie każdemu

- pędzel do różu z firmy Avon- niby ten dołączony do opakowania taki straszny nie jest, ale wierzymy, że ten będzie Wam się przyjemniej używało.

Dodatkowo- jeśli do rozdania zgłosi się minimum 50 osób, dorzucimy coś specjalnego. Tak więc do dzieła! Niech Was będzie jak najwięcej! ;)


Co trzeba zrobić aby wziąć udział?

1. Być publicznym obserwatorem- i jest to warunek konieczny. Każde zgłoszenie będzie dokładnie sprawdzane. (1 los)

2. Dodać baner na Waszym blogu z informacją o rozdaniu- również warunek konieczny (1 los)




3. Zgłosić się do rozdania zostawiając komentarz pod tym postem wg wzoru zamieszczonego niżej.

Dodatkowo:

4. Dodać naszego bloga do blogrolla (+2 losy)

5. Napisać notkę, w której wspomnicie o naszym rozdaniu w poście (+1 los)

6. Zacząć obserwować naszego bloga przez Bloglovin (+2 losy) KLIK


Wzór zgłoszenia:
Obserwuję jako:
Baner: link
Blogroll: tak (link)/nie
Notka: tak (link)/nie
Bloglovin: tak (link)/nie

Regulamin rozdania:
1. Organizatorkami rozdania i fundatorkami nagród są autorki bloga kosmetyko-maniaczki.blogspot.com.
2. Rozdanie trwa od 14 maja do 15 czerwca 2014 r.
3. Koszta wysyłki na terenie Polski pokrywają organizatorki.
4. Wyniki ogłosimy w ciągu tygodnia od zakończenia rozdania, nagrodę wyślemy w ciągu 5 dni od otrzymania adresu zwycięzcy.
5. Zwycięzca ma 3 dni na wysłanie nam danych do wysyłki od momentu ogłoszenia wyników, w przypadku braku kontaktu po tym czasie wylosujemy kolejną osobę.
6. Rozdanie nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.).


Tak więc do dzieła! Serdecznie zapraszamy do udziału w zabawie. Trzymamy kciuki za każdego z Was! Powodzenia!

100 postów już za nami, ale to na pewno nie koniec!

K. & Kasieńka

poniedziałek, 12 maja 2014

Clarins - serum minimalizujące pory

Cześć Kochani,

Jak już dobrze wiecie, mam cerę bardzo problematyczną ( no może nie aż tak bardzo, ale problematyczna jest) i szukam na to jakiegoś dobrego rozwiązania. Najbardziej denerwują mnie zapchane, rozszerzone, bardzo widoczne pory.

Wiele firm wypuściło na rynek kosmetyki pomagające zredukować, zminimalizować widoczność tychże niechcianych porów.

Akurat ja podczas Clarinsowych zakupów wybrałam ten z Clarinsa.


Jak każde serum, aby zauważyć efekty jego działania, należy stosować regularnie. Możemy tylko rano lub tylko wieczorem, choć wydaje mi się, że najlepiej dwa razy dziennie. Produkt nakładamy na oczyszczona skórę przed aplikacją kremu nawilżającego. Najlepiej chwilę poczekać, aż serum się wchłonie. W innym wypadku nie pozostanie w tych miejscach, w których powinno. Na szczęście wchłania się na tyle szybko, że nie jest niczym uciążliwym czekanie na to.


Serum zamknięte jest w solidnym opakowaniu (słoiczku) z pompką. Jest to niesamowicie przydatna sprawa, bowiem ułatwia dozowanie produktu i nie wyciska go zbyt wiele. Mi starczają dwie pompeczki, aby wysmarować moje pory.


Jak widzicie (choć zdjęcie nie oddaje tego wszystkiego) konsystencja jest dość rzadka i ma zielonkawy kolor. W rzeczywistości jest to dużo intensywniejsza zieleń niż na zdjęciu.
Z łatwością rozprowadza się serum po twarzy i nie spływa z miejsca do celowego mimo swej rzadkiej konsystencji.


Po aplikacji produkt staje się raczej bezbarwny i trochę wodnisty. Jednak z użytkowaniu nie robi to żadnej różnicy.

Produkt stosuję od 2 miesięcy regularnie i chętnie opowiem Wam o efektach. Przede wszystkim moje pory stały się węższe. Jednak nie jest to jakoś bardzo widoczne i sama to dopiero zauważyłam podczas robienia makijażu. Otóż na "sucho" bez makijażu moja twarz wygląda tak samo, jednak po nałożeniu podkładu widzę, że jest ona jakby gładsza, jednolita a makijaż jest ładniejszy. Taki bardziej idealny. Największy problem porów miałam na policzkach i w makijażu było u mnie widać takie plamy z zapchanymi porami, a teraz nie jest to tak widoczne.  Używam cały czas tego samego podkładu i właśnie na nim widzę tę różnicę. I to jest podstawowy plus tego serum. Jednak niestety moje pory wciąż są często pozapychane i dalej muszę czegoś skutecznego na oczyszczanie poszukać.
I pozostaje jeszcze kwestia wydajności. W ciągu tych około 2 miesięcy zużyłam około 2/3 buteleczki, ale serum stosowałam dwa razy dziennie. Także same oceńcie.
Jego cena nie jest najmniejsza, bo to aż 129 zł w Sehorze i nie wiem czy na pewno jest tego warte.

Ponownie chyba nie kupię, choć nie jestem niezadowolona. Jednak po tej buteleczce kupię coś innej firmy. Może dr Irene Eris lub Yves-rocher.

Znacie tego typu produkty? Co o nich sądzicie?

Całuję,

Kasieńka :* 

niedziela, 11 maja 2014

Celia nude 601

Cześć!

Witam Was słonecznie! Dzisiaj przychodzę z kolejną pomadką z mojego zbioru, z serii tych typowo dziennych. Jeśli jesteście ciekawi jak wygląda moje starcie ze słynną serią pomadek to zapraszam do dalszej części. ;)


Celia, och Celia. Ileż ja się naczytałam i nasłuchałam o tych pomadkach. Kwestią czasu był w moim wypadku ich zakup i oto: stało się. Jestem szczęśliwą posiadaczką dwóch nude'owych odcieni. Dzisiaj na tapecie 601.


Zacznijmy od opakowania- jak na pomadkę za 10 zł nawet okej, chociaż zupełnie nie w moim stylu, ale bardzo schludnie i z klasą. Patrząc na nią można odnieść wrażenie drogiego, ekskluzywnego produktu. Więc opakowanie na plus.

Co z zawartością? Bo w końcu o nią nam bardziej chodzi.


Po otwarciu naszym oczom ukazuje się piękny, lekko różowy odcień pomadki. Z pewnością nie jest to jasny i intensywny 'baby pink', który zdecydowanie moim ulubionym odcieniem nie jest. W ogóle jeśli chodzi o róż na moich ustach to jestem do niego nastawiona dość sceptycznie, nie czuję się zbyt dobrze w takich ustach. Zdecydowanie wolę jakieś bordo lub fuksję.

Efekt, jaki osiągam przy użyciu tego oto mazidła bardzo mi na co dzień odpowiada. Nie uzyskamy nim efektu mocno zarysowanych ust, jedynie lekko błyszczące, delikatnie podkreślone.


Można ten efekt delikatnie budować, ale nie spodziewajcie się mocnego koloru na ustach. Wykończenie ma bliższe do błyszczyka niż jakiejkolwiek innej pomadki, jaką miałam okazję wcześniej używać.

Aplikacja jest niesamowicie przyjemna, produkt sunie po naszych ustach 'jak po maśle'. ;P

Nie przesusza naszych ust, absolutnie nie podkreśla suchych skórek, co jest dla mnie niesamowitą zaletą, bo niestety często spotykam się z efektem zebranego koloru w bruzdach i na skórkach.

Kolejny plus- zapach! Niesamowity! Winogronowy, niezbyt intensywny, czuć go przy nakładaniu produktu z opakowania i chwilę po aplikacji. A szkoda, bo mogłabym tak cała pachnąć.




Ostatnio- moja ulubiona pomadka przy dziennym, lekkim makijażu. Usta są dzięki niej bardzo ładnie zaznaczone, chociaż nienachalnie. 

Dodatkowym jej plusem jest cena- w okolicy 10 zł. Minusem- dostępność. Musimy jej szukać w otchłani internetu lub w małych osiedlowych drogeriach. A szkoda, bo chętnie spojrzałabym na więcej kolorów i z pewnością skusiłabym się na więcej odcieni.

Z większości opinii wyczytałam o jej słabej trwałości- lubi się ona połamać i roztopić. Dlatego też dmucham na nią i chucham- używam tylko w domu przed wyjściem. Na razie (odpukać w niemalowane) nic się złego z nią nie dzieje, ale ostrożności nigdy za wiele.


Znacie ten, już myślę, kultowy produkt? Jakich kolorów używałyście? Byłyście zadowolone?

Czekam na jakieś informacje na temat tego przyjemniaczka i życzę udanej niedzieli.

Buźka!

K. ;*

sobota, 10 maja 2014

Clarins - Extra-Comfort Anti-Pollution Cleansing Cream

Cześć Kochani,

Dzisiaj trochę o podstawowej pielęgnacji. Otóż pragnę Wam przedstawić produkt do mycia twarzy. W mojej kosmetyczce jest to najważniejszy kosmetyk i nieodłączny jej element. Codziennie przynajmniej dwa razy dziennie (zazwyczaj dwa razy dziennie)  myję twarz. Dzięki temu trzymam ją przy życiu i nie mam aż tylu przykrych niespodzianek i okropnych zaskórników niż gdybym miała nie dbając tak o nią.

Kiedyś zdarzało mi się użyć tylko toniku lub mleczka do makijażu na wieczór i (o zgrozo!) zdarzało mi się zasypiać z makijażem. Na szczęście te czasy dawno minęły, a od tego czasu moja cera jest o niebo zdrowsza i ładniejsza.

Używałam już różnych żeli, pianek czy innych specyfików do mycia twarzy, jednak często zostawiały moją twarz ściągnięta lub ją bardzo wysuszały.  Może to po części moja wina, bo zawsze kupowałam te do cery tłustej i mieszanej (bo niby przecież ona taka jest!), a one tak często mają w swym składzie mało delikatne produkty. Na szczęście nie dawno kupiłam coś innego, co bardzo przypadło mi do gustu i rozkochuje mnie w sobie coraz mocniej każdego dnia.




W Clarinsie zakosztowałam dopiero kilka miesięcy temu. A wszystko za sprawa różnych próbek, które dostałam w Sephorze podczas zakupów. Spróbowałam, polubiłam i postanowiłam wypróbować więcej. Gdy skończył mi się żel do mycia twarzy pomyślałam, a czemu by nie Clarins tym razem. I tak oto stałam się szczęśliwą posiadaczką tego kremu do mycia twarzy.
Pierwsze co może zaintrygować, to krótkie stwierdzenie, że oczyszcza dogłębnie twarz z miejskich zanieczyszczeń.  Hmm ciekawe... prawda?


I przejdźmy do samego działania. Produkt ku mojej ogromnej uldze nie przesusza skóry, a wręcz przeciwnie - nawilża. Po myciu moja skóra była gładka, dobrze oczyszczona i miękka. A to dla mnie najważniejsze. Krem ten jest bardzo delikatny dla twarzy i przyjemny.
Dodam, że jest wydajny i na prawdę wystarczy jego niewielka ilość aby starczył do wymycia całej twarzy.
Na opakowaniu (z tyłu) znajduje się mini instrukcja jak należy go używać. Odrobinę kremu rozgrzewamy w dłoniach, a następnie nakładamy na twarz i masujemy od wewnątrz do zewnątrz i spłukujemy wodą.



Krem ma aksamitną, kremową konsystencję. Z łatwością wydobywa się tyle produktu, ile jest potrzebnego. A do tego wszystkiego przepięknie pachnie. I choć to bardzo subiektywna ocena z mojej strony, to wydaję mi się, że zapach odpowie większości kobiet. Jest delikatny, świeży i kobiecy. Utrzymuje się długo, choć oczywiście jak użyjemy toniku o intensywniejszym zapachu ten z łatwością ulatnia się.

Sądzę, że produkt nada się do każdego typu cery i na pewno nie uczuli. Jest na prawdę bardzo łagodny, dobry do codziennego stosowania i usuwania tych zanieczyszczeń, które nas wciąż otaczają.

Produkt kupiłam w Douglasie w cenie 99 zł.

Kochani, znacie ten produkt co oczyszczania twarzy? A może coś podobnego o działaniu Anti-pollution?

Całuję :*

Kasieńka

wtorek, 6 maja 2014

Gładkie usta? Nic prostszego!

Cześć!

Witam Was serdecznie po długim weekendzie. Mam nadzieję że wszystko u Was w porządku. I mam nadzieję że u Was trochę cieplej niż u mnie, bo w końcu mamy już wiosnę w pełni przypominam...

Dzisiaj zajmiemy się naszymi ustami. Nie ma nic gorszego niż przesuszone, popękane wargi. Niestety dla większości z nas jest to chleb powszedni. Na ratunek śpieszą wszelkiej maści peelingi. Dzisiaj pokażę Wam jaki sobie sama skleciłam z produktów znalezionych w mojej kuchni.



Peeling ust? Szczerze mówiąc jakoś nigdy nie zaprzątałam sobie głowy takimi "błahostkami". Dopiero gdy zgłębiłam część tajników pielęgnacji przyjrzałam się temu produktowi bliżej.

Większość z nas myślę, że słyszała o kultowym produkcie Lush'a- peelingu do ust w wielu wariantach smakowych, wg mnie najbardziej pożądany jest ten o zapachu gumy balonowej. Sklepy te niestety- albo stety nie są u nas dostępne- bo myślę, że portfele wielu z nas mogłyby odczuwać ogólny dostęp do tych produktów.

Postanowiłam sama zrobić swój peeling. Zajęło mi to, hmm... około minutę?


Będziemy potrzebować:
- cukier- ja wybrałam ten biały, jeśli macie gest to dodajcie brązowy
- jakiś olejek- u mnie oliwa z oliwek, która ma dodatkowo właściwości nawilżające


- syrop- ja dodałam żurawinowy, bo taki znalazłam w lodówce.


Ostatni punkt nie jest obowiązkowy. Równie dobrze możecie dodać jakiś olejek zapachowy, przyprawę- cokolwiek, co sprawi, że będzie Wam się miło i przyjemnie używało ten produkt.

Wszystko wsypujemy do miseczki, mieszamy i przekładamy do mniejszego opakowania.


Proste? Proste!


Teraz przed nami dużo przyjemności przy używaniu zrobionego przez nas same peelingu. Wystarczy odrobina rozprowadzona na ustach, wmasowana przez chwilę i spłukana. Można to oczywiście zlizać z ust, chociaż ja nie jestem do tego przekonana i wolę zmyć lub zetrzeć go chusteczką.

Po krótkiej sesji z naszym produktem usta są niesamowicie miękkie. Możecie zapomnieć o jakichkolwiek suchych skórkach. W końcu wszystkie moje pomadki prezentują się dobrze na moich ustach, nic się nie zbiera w bruzdach ani na skórkach. Dzięki zawartości olejku dostają dodatkową porcję nawilżenia, a z racji tego że dodałam czerwonego syropu to dostają odrobinę kolorku.

Świetne rozwiązanie, za grosze. Polecam każdemu. Dodatkowym plusem jest to, że robicie go typowo pod siebie- więc będziecie używać peeling o zapachu i smaku jaki Wam odpowiada!

Ja wiem, że mój kolejny będzie imbirowy. Hmm, a może kakaowy? Nie! Cynamonowy? ;>


Zachęcam Was do spróbowania! Może właśnie tego potrzebują Wasze usta?
Używacie peelingów do ust, czy macie podejście takie jak ja przed odkryciem tego?

Wracam do nauki i ciepłej herbaty, trzymajcie się.

K. ;*