niedziela, 26 kwietnia 2015

Update Sally Hansen Miracle Gel

Hej!

Jakiś czas temu dzieliłam się z Wami moimi pierwszymi spostrzeżeniami na temat lakierów Sally Hansen- Miracle Gel. Dzisiaj ukształtowałam sobie opinię na ich temat i podzielę się nią z Wami.

W ramach wstępu- zapraszam Was do poprzedniego posta TUTAJ.


Producent obiecuje nam 14- dniową trwałość.

Hmm, muszę przyznać- trwały to on jest. U mnie wytrzymał 8 dni. Jednak końcówka już była donoszona "na siłę"- w stanie idealnym lub też bliskim ideałowi lakiery wytrzymują u mnie 5-6 dni.

Uważam to za niezły wynik. Jednak obietnica 14 dni- jest jak dla mnie z kosmosu.

Dodam też, że mam paznokcie w średnim stanie- i głównie końcówki, z których zszedł lakier to wina po prostu rozdwojonej płytki, która potrafi po prostu odpaść.


Jeśli chodzi o aplikację- jest bezproblemowa. Szeroki pędzelek pozwala w dwóch, trzech ruchach pokryć dokładnie całą płytkę paznokcia. Warto pobawić się i nałożyć 2 czy nawet trzy cieńsze warstwy- łatwiej to wysuszyć i przez kilka dni dłużej możemy cieszyć się idealnym manicure.


Trzeba się przyzwyczaić do konsystencji lakierów. Są bardzo płynne. Co dla jednych jest pewnie plusem, dla innych minusem. Łatwo pochlapać wszystko wokół, tak jak i zrobić smugi. Rozwiązaniem naszego problemu będzie kolejna dołożona warstwa. W najgorszych przypadkach lądowało ich aż 4 na moich paznokciach.

Jednak po pokryciu top coatem, po 15 minutach mogłam powoli wracać do normalnych czynności. Oczywiście ze wzmożoną ostrożnością. Bez odgnieceń też się nie obyło.



Po około pięciu dniach stan wyglądał tak jak widzicie wyżej. Lakier nie wytrzymał starcia z cifem- po sprzątaniu rogi nie prezentowały się najlepiej. Pewnie w normalnych okolicznościach domalowałabym je i cieszyła się przez kolejnych kilka dni ładnym efektem- jednak jak test to test, bez oszustw i pomagania. :D




W dniu zmycia widać było już ząb czasu- końcówki wołały o pomstę do nieba. Dodatkowo nie były tak błyszczące jak na początku. Ale- powiedzcie same, czy jak na 8 dni na paznokciach to źle?


Na pazurkach w lepszym stanie nie było praktycznie w ogóle widać zniszczeń. Jedynie końcówki były delikatnie starte- ale na prawdę delikatnie. Takie rzeczy przy innych lakierach dzieją się już drugiego, a nawet często trzeciego dnia od pomalowania.


Kciukom zdarzyło się także popękać- co bardzo ciężko było uchwycić na zdjęciu. Często przy jasnych lakierach możemy obserwować taki efekt. Nie rzucał się wybitnie w oczy, ale wystąpił.

Pamiętacie, jak pisałam Wam, że jeden kciuk pozostał bez top coatu? Nie zauważyłam różnicy aniw  trwałości, ani w wyglądzie na dłuższą metę. Wniosek- być może jednak ta wierzchnia warstwa jest zbędna...

Na ogromny plus zaliczam także obecność kuleczki wewnątrz buteleczki- dzięki czemu można dokładnie wymieszać lakier przed nałożeniem. Niby mała rzecz, a jakże przydatna.


Na kolejne dni raczyłam się piękną brzoskwinką na paznokciach. Efekt dokładnie taki jak w przypadku mięty- ale przynajmniej mi się nie znudzi na szybko.

Podsumowując- jestem niesamowicie zaskoczona jakością tych lakierów. Dają radę nawet w warunkach jakie im funduję- raczej ich nie oszczędzam. Podobają mi się również inne odcienie z tej serii i nie wykluczam powiększenia kolekcji.


Znacie lakiery Miracle Gel? Jakie macie kolory? Jak utrzymywanie się wygląda u Was? Jak według Was prezentują się moje paznokcie po tych 8 dniach? I jakie kolory polecacie?

Och, ależ Was zasypałam pytaniami! :D Czekam na deszcz odpowiedzi!

Pozdrawiam Was serdecznie!

K. ;*

P.S. Zobaczcie- chciałam Wam pokazać wszystkie paznokcie z buteleczką- efekt? Creepy!


Niczym pajęcze odnóża! :P

P.S.2 Zapraszam na Instagram! Będziemy na bieżąco. :)


środa, 22 kwietnia 2015

Bourjois poudre libre

Cześć!

Nie było mnie kilka dni, ale wracam stęskniona. Dzisiaj chciałabym Wam przybliżyć drugi produkt firmy Bourjois, z którym nie rozstaję się od przynajmniej roku. Weźmy na tapetę ich sypki puder.


Pudełko mieści w sobie aż 32 g pudru. Jest to ogromna ilość. Przy codziennym stosowaniu, po roku szacuję, że została mi ponad połowa.


Zamknięty jest w plastikowym pudełeczku- bardzo dobrej jakości. Góra jest zdejmowana ot tak po prostu- ciągniemy do góry i już. Bez przekręcania, naciskania, denerwowania.


Odcień, który posiadam to 02- rosy. Podobno ma on różowe podtony. Ja tego nie dostrzegam, idealnie stapia się ze skórą. Koloru nie daje w ogóle. Starałam się uchwycić efekt na zdjęciu- jednak wydaje mi się, że nie widać go w ogóle.

Dostępny jest również odcień 01 peach- jednak ja nie widzę między nimi żadnej różnicy.


Ma bardzo przyjemny zapach, który czujemy jedynie bezpośrednio po otwarciu opakowania. W słońcu dostrzegłam minimalne drobinki. Na twarzy zdecydowanie ich nie widać. Jednak muszę zaznaczyć, że puder nie jest matujący. Utrwala świetnie, ale nie matuje.

Współpracuje dobrze z każdym podkładem z jakim miałam okazję go używać. Nie widać go na twarzy.

Jest niesamowicie drobno zmielony. W dotyku jak dla mnie okropnie nieprzyjemny- konsystencją przypomina mąkę, na myśl której już mam ciarki na plecach.


Co pudru dołączona jest gąbeczka. Raczej nie spisze się w celu aplikacji pudru, ale jest świetnym "trzymaczem" sytuacji pod kontrolą. Chociaż raczej nie podróżuję z tym pudrem, to z pewnością w takich sytuacjach okaże się ona szczególnie przydatna. Od biedy też można nią zaaplikować go- ale nie jest to moja ulubiona forma.


Sitko ma sporo oczek i musimy się nauczyć manewrować z opakowaniem w sposób dla nas najwygodniejszy- oraz taki, który nie narazi nas na zbytnie straty.


Idealny duet z pudrem stanowi pędzel Hakuro H55. Duży, zbiera odpowiednią ilość produktu. Szybko można omieść nim twarz.

Puder jest świetny do zagruntowania korektora pod oczami. W tym celu sięgam po mniejszy pędzelek i cały dzień mogę być spokojna o moje cienie pod oczami.


Kwestia ceny- około 60 zł w cenie regularnej. Całkiem sporo, ale biorąc pod uwagę wydajność- zdecydowanie warto. A teraz- gdy lada dzień zaczyna się promocja w Rossmanie i będziecie mogły go dostać za 30 zł- bez wahania możecie po niego sięgnąć. Jak dla mnie- kolejny rewelacyjny produkt firmy Bourjois.

Dajcie znać czy znacie ten puder. A może używałyście innego z tej firmy? A macie też jakieś konsystencje, które przyprawiają Was o ciarki? Koniecznie się nimi ze mną podzielcie- mam nadzieję, że nie jestem sama.

Przyjrzyjcie się mu przy okazji następnej wizycie w drogerii. Zdecydowanie jest tego wart.

Żegnam się już z Wami, do następnego!

K. ;*

środa, 15 kwietnia 2015

Czy istnieje produkt dopasowany do każdego koloru?

Hej!

Mam nadzieję, że zaciekawiłam Was tytułem. Dzisiaj zastanowimy się, czy istnieje w kwestii ust produkt idealny- czyli taki, który będzie pasował do każdego koloru pomadki. Jak myślicie?


Wyjęłam z pojemniczka 7 pomadek. Bardzo rożnych. Od cielistych po czerwienie.


Wiadomo jak to z nami jest. Nie każdy lubi używać konturówki. Przy jaśniejszych kolorach nie stanowi to problemu. A jak to jest z ciemniejszymi? Zdarza im się rozlać poza kontur ust, czasem migrują w różne dziwne miejsca. A przecież żadna z Nas nie chce wyglądać, jakby jej usta spłynęły.

Ja znalazłam sposób na to, aby nie musieć szukać i dopasowywać konturówek do każdego koloru- po pierwsze dlatego, że nie zawsze znajdziemy odpowiedni kolor, a po drugie- po co mi właściwie aż tyle ich?


Bezbarwna konturówka! To jest to.


Przedstawiam Wam moją.  Konturówka Yves Rocher zero defaut.

W regularnej cenie koszt 29 zł, oczywiście czekamy na promocje i wtedy możemy ją dostać w jeszcze lepszej cenie. Kiedy ja rozglądałam się za takim produktem, wiedziałam że podobny ma w swojej ofercie Make Up For Ever- ale jej cena to około 90 zł. Dlatego też zaczęłam szukać. Teraz coraz więcej firm zaczęło robić takie produkty- Essence, Sephora.


Zatrzymajmy się jednak przy produkcie YR. Kolor 01- bezbarwny. Zapach- brak. Kolor- brak!


Widzicie tam coś? Nasmarowałam tam jej sporo.


3 gramy produktu zamknięte są w wysuwanej kredce. Nie mamy problemu ostrzenia jej. Na ustach- a raczej ich konturze rozprowadza się bezproblemowo. W kontakcie ze skórą lekko się podtapia, umożliwiając nam aplikację. Jest niewidoczna- więc trzeba się postarać i wyrysować pełny kontur. Wtedy możemy być pewni, że nic nie będzie wędrowało ze swojego miejsca. Konturówka tworzy granicę nieprzekraczalną dla kolorowych produktów do ust.

Co jest w niej najfajniejszego? Oczywiście jej uniwersalność. Każdy jeden kolor, jaki sobie wymarzymy będzie z nią bezpieczny. Mnie jeszcze nie zawiodła!

To teraz, gdy już wszyscy o niej wiedzą- możecie pożegnać się ze wszystkimi kolorami konturówek i zastąpić je jedną. Jedną- porządną i wystarczającą.


Znacie ten produkt? Będziecie w stanie mu zaufać? A może znacie jeszcze jakieś firmy, które mają takie cudeńka w ofercie?

Ze mną zostaje na zawsze! Wygoda użytkowania i uniwersalność wygrywa z każdym pięknym kolorem!

Pozdrawiam Was serdecznie!

K. ;*

niedziela, 12 kwietnia 2015

Olejek pod prysznic?

Hej!

W ulubieńcach jesieni i zimy wspomniałam Wam o olejku pod prysznic od Yves Rocher. Wzbudził on spore zainteresowanie. Dlatego też dzisiaj przybliżę Wam odrobinę ten produkt- tym samym kończąc serię z zimowymi produktami. Spokojnie będziemy mogli przejść dalej- do tych na cieplejsze dni.


Yves Rocher to moja zdecydowanie ulubiona firma kosmetyczna jeśli chodzi o pielęgnację. Z niektórą kolorówką również bardzo się lubię, ale to właśnie kosmetyki pielęgnacyjne- zarówno do twarzy jak i ciała biją u mnie większość innych marek. Co chwilę odkrywam nowe produkty i zazwyczaj są one bardzo udane. Nie inaczej jest z olejkiem pod prysznic z olejkiem arganowym.
Oliwka pod prysznic z olejkiem arganowym to kosmetyk, który pielęgnuje skórę w trakcie kąpieli pod prysznicem. Oliwka w złocistym kolorze, pod wpływem wody zmienia się na skórze w mleczną piankę, która pieści skórę, pozostawiając ją odżywioną, aksamitną w dotyku i zmysłowo pachnącą. Kosmetyk wykorzystuje tradycyjny, marokański składnik zwany "płynnym złotem Maroko" - olejek arganowy. Yves Rocher wyselekcjonował olejek arganowy w 100% biologiczny - bez pestycydów, niemodyfikowany genetycznie, pozyskiwany tradycyjnymi metodami.
Olejek zamknięty jest w 200 ml butli z miękkiego plastiku- na tyle, że spokojnie da się ją ścisnąć w razie potrzeby i wydobyć produkt. Dozownikiem jest otwór, przez który wydobywa się odpowiednia ilość produktu.


Barwę jaką ma- każdy widzi. Szkoda, że nie możecie poczuć jak pachnie. Orientalnie, specyficznie. Jak dla mnie- bardzo przyjemnie. Jednak chyba już teraz- gdy robi się coraz cieplej odejdę od niego, bo nie pasuje mi tak ciężka nuta na takie temperatury.


Po zmieszaniu z wodą, magicznie tworzy się piana. Nie jest sztywna, ale przyjemnie możemy rozsmarować ją na ciele. Dzięki zmianie konsystencji produkt jest wydajny- bo w niewielkiej kropli olejku tworzy nam się całkiem spora ilość pianki.

Po takim zabiegu możemy cieszyć się oczyszczoną- i zarazem nawilżoną skórą. Ja po użyciu tego olejku nie używam dodatkowych nawilżaczy. Jednak warto wspomnieć, że nie używam go codziennie polegając na jego właściwościach nawilżających. Od czasu do czasu- daje radę.

Po kąpieli możemy cieszyć się gładką, przyjemną w dotyku skórą. Zapach na ciele jest delikatny- choć chwilę po umyciu nadal wyczuwalny.


Jak dla mnie- świetny produkt, ale gadżet. Z miłą chęcią sięgam co jakiś czas po inną formę produktu do mycia. Jednak jego cena- która regularnie wynosi 32 zł za 200 ml- skutecznie zniechęca mnie do sięgania po niego codziennie. 

Znacie "żele pod prysznic" w postaci olejku? Używacie? Może polecicie mi jeszcze jakiś inny?

Trzymajcie się!

K. ;*

czwartek, 9 kwietnia 2015

Ekspertka miracleGEL

Hej!

Tuż przed świętami dzwoni do mnie kurier, że ma przesyłkę. Chwila, chwila- przecież nic nie zamawiałam. Ale stoi pod drzwiami, ma mój numer. A ja w 250 km od domu zaczynam święta. Po zapukaniu do sąsiadów, zastał już czwartych i zostawił przesyłkę dla mnie. I tak ona czekała sobie i czekała. W końcu jak wróciłam ze zniecierpliwieniem pobiegłam do nich i odebrałam paczkę. Okazało się, że udało mi się trafić do grona osób, które będą mogły testować lakiery do paznokci Sally Hansen miracleGel. Moja radość była nieoceniona- bo właśnie ostatnio chodził za mną jakiś nowy lakier do paznokci- a trafiły mi się dwa i to w bardzo wiosennych kolorach.


Moja mina prawdopodobnie była podobna do wyrazu twarzy tej Pani. ;)


Trafiły mi się takie kolory:


Dodatkowo otrzymałam do rozdania koleżankom bony z 50% rabatem na top przy zakupie lakieru z serii Miracle Gel do drogerii Super Pharm. Może któraś będzie chciała skorzystać.


240 B Girl
380 Malibu Peach

Oba są przepiękne, pastelowe. Idealne zarówno na wiosnę jak i na lato. Dodatkowo znalazł się też w przesyłce top coat o numerku 100.



Krok 1. Na czyste i suche paznokcie nałóż 2 warstwy lakieru Miracle Gel. Nie musisz nakładać bazy.

Krok 2. Nałóż 1 warstwę Miracle Gel Top Coat.

Naturalne światło zapewni utwardzenie i trwałość.



Tak też zrobiłam. Ale dwie warstwy kolorowego lakieru okazały się niewystarczające. Potrzebowałam trzech. Plus top coat- daje nam to cztery warstwy. Dosyć sporo. Ogromnie obawiałam się jak mi się uda to wysuszyć. Ale- ku mojemu zdziwieniu nie było z tym dużego problemu. Posiedziałam około 15 minut i spokojnie mogłam wrócić do normalnych czynności, jednak z pewną dozą ostrożności.

Kolor jest przepiękny! Takiej mięty szukałam. Przeszłam przez trzy różne odcienie- i ten w końcu podoba mi się najbardziej. Jest dosyć mocno rozbielony- przez co delikatny.

Paznokcie pięknie błyszczą. Jak na razie- w drugim dniu noszenia wyglądają niezmiennie bardzo dobrze. Zobaczymy jak ten stan rzeczy się utrzyma. Codziennie będę robić zdjęcia i po jakimś czasie wrócę do Was z podsumowaniem.

Pierwsze wrażenie? OMGel! Jestem zachwycona. Jest to efekt 100 razy lepszy niż paznokci żelowych- które zwykle są grube. Tutaj mamy zwykły lakier- i jeśli faktycznie będzie się dobrze utrzymywał to wróżę nam długą i wspaniałą przyjaźń.


Znacie te lakiery? Może również udało Wam się trafić do grona wybrańców-testerów? Jakie kolory wpadły Wam w oko?

Pozdrawiam wiosennie!

K. ;*


P.S.1 Robię mały test- na jeden z kciuków nie nałożyłam top coatu. Zgadniecie na który?  Zobaczymy czy ma on jakiś wpływ na trwałość czy blask.



P.S.2 Zapraszam na Instagrama, gdzie mam zamiar publikować zdjęcia i być z Wami na bieżąco. KLIK

wtorek, 7 kwietnia 2015

3/2015

Hej!

Jak to mówią- święta, święta i po świętach. Nie lubię tego okresu, no ale co Pan zrobisz, nic Pan nie zrobisz. Powoli wracam do normalnego trybu, chociaż te kilka dni całkowicie wybiło mnie z rytmu i muszę się pozbierać. Dzisiaj przychodzę do Was z kolejną porcją śmieci. ;)

Bebeauty micelarny żel nawilżający

Ten kosmetyk znają już chyba wszyscy. Ja poznałam dopiero teraz i żałuję, że tak późno po niego sięgnęłam. Spisuje się bardzo dobrze zarówno wieczorem jak i rano. Często też lądował na mojej twarzy w połączeniu z glinką- dzięki czemu wolniej zasychała. Bardzo przyjemny żel, wydajny i za małe pieniądze.


e-naturalne peeling enzymatyczny z owoców tropikalnych

To już moje drugie podejście do tego produktu. Tak samo nieudane. Mam wrażenie, że peeling nie radzi sobie w żadnym stopniu ze złuszczeniem czegokolwiek. A jak nie widać efektu to po co się babrać i męczyć? Mam wiele bardziej efektywnych sposobów na pozbycie się martwego naskórka.



Floslek żel do powiek i pod oczy ze świetlikiem i babką lancetowatą

"zapobiega powstawaniu tzw. worków pod oczami". No taaak.. Aż tak to bym nie szalała z obietnicami. Mimo wszystko jest to przyjemny, leciutki produkt do pielęgnacji okolic oczu. Teraz pewnie sięgnę po inną wersję- i szczerze przyznam że nie widzę różnicy między nimi,

Yves Rocher pomadka nawilżająca

Całkiem fajne mazidło. Wystarczyło mi na rok dosyć intensywnej eksploatacji. Z ekstremalnie przesuszonymi ustami nie dawał sobie rady od razu, jednak przy codziennym prewencyjnym stosowaniu spisywał się bardzo fajnie. Kolejny dobry produkt mojej ulubionej firmy.

Phyto Pharm olejek rycynowy

Olejek rycynowy stosuję głównie jako bazę do oczyszczania twarzy. Niezmiennie spisuje się u mnie bardzo dobrze. Od bardzo długiego czasu jestem wierna mieszance, o której mogliście poczytać TUTAJ.



Avon care kakaowe masło do ciała

Na początku byłam tym produktem oczarowana. Miał bardzo- ale to bardzo gęstą konsystencję, przyjemny zapach, dobrze nawilżał. Jednak z czasem stosowanie go stało się uciążliwe. Był tak gęsty, że aż ciężki do rozsmarowania, miałam wrażenie że nie wchłaniał się, a zostawał na skórze. Ostatecznie nie polubiliśmy się na tyle, aby przedłużyć naszą znajomość. Przynajmniej był tani.




Gliss Kur  ekspresowa odżywka regeneracyjna ultimate volume

Bardzo wydajny spray. Stosowałam zwykle na mokre włosy- służyło im to, ale nie zanotowałam pomocy w utrzymaniu skrętu włosów- czego głównie od odżywek wymagam. Z drugiej strony producent obiecuje nam jedynie objętość- ale z tym bywało różnie. Na pewno nie można było jej stosować od nasady- przyklap murowany. Więc gdzie ta objętość ja się pytam? Ale odżywki Schwarzkopfa lubię i pewnie nieraz do nich wrócę- ale do tej już niekoniecznie. Ogromnym plusem uprzyjemniającym jej używanie był zapach- przynajmniej miałam ładnie pachnące włosy.
Receptury babuszki Agafii tradycyjny syberyjski balsam do włosów nr 4 na kwiatowym propolisie

Gr. Ta butla to 600 ml tragedii. Tragedii w wielu aktach- bo męczyłam się z tym czymś przez wiele długich miesięcy. Balsam? Hmmm, gdy go kupowałam kierowałam się wieloma pozytywnymi opiniami na jego temat. Spodziewałam się czegoś pokroju dobrej odżywki do spłukiwania. Co otrzymałam? Za każdym razem posklejane włosy, wyglądające źle. Nawet niewygodnie się tego używa. Nie, nie, nie i jeszcze raz duże NIE!



Batiste suchy szampon tropical

I żeby miło zakończyć- suchy szampon. Bardzo dobry produkt- co powtarzam po raz kolejny. Ta wersja zapachowa nie trafiła w moje gusta- była zbyt zamulająca. Ale pomijając zapach szampon spisywał się świetnie. Staram się ich nie nadużywać- mimo wszystko mam wątpliwości czy to jest dobre dla naszej skóry głowy. Nadal szukam swojego ulubionego zapachu.





I to by było na tyle.

Jak zawsze- dajcie znać co sądzicie o przedstawionych przeze mnie kosmetykach. Sprawdziły się u Was? A co Wam udało się wykończyć w ostatnim czasie?

Czekam na odzew i do zobaczenia!

K. ;*

środa, 1 kwietnia 2015

Absolutnie uwielbiam... czyli sezonowi ulubieńcy: zadbana zimą

Hej!

Tak jak mówiłam, tak jestem dzisiaj z porcją pielęgnacji. Kosmetyki, które dzisiaj Wam przedstawię są strzałem w dziesiątkę. Ostrzegam- będziecie chciały je mieć wszystkie! ;P


Zacznijmy od kąpieli. Zimą jest zimno! A ja jako amator temperatur z 3 z przodu zwykle cierpię i marznę bez względu na to jak mocno kaloryfer jest odkręcony. Tak więc po kąpieli marze jedynie o ciepłym szlafroku. Kto by się bawił w jakieś balsamy? Z pomocą przychodził mi olejek pod prysznic z olejkiem arganowym Yves Rocher. Nazwa nie jest jakaś górnolotna, przynajmniej według mnie. Za to działanie już owszem. Delikatny, orientalny zapach, świetna konsystencja- niby to olejek, ale się pieni. Nawilża wystarczająco, więc można sobie wszystkie mazidła pokąpielowe odpuścić. W zimowe wieczory niezastąpiony! Z pewnością będę do niego wracać, a latem poszukam świeższej wersji zapachowej. Jeden z lepszych produktów do mycia, z jakimi miałam styczność. Mam zamiar napisać o nim kilka słów w najbliższym czasie- więc poznacie go jeszcze lepiej. Polecam serdecznie!


Raz na jakiś czas warto też pozbyć się martwego naskórka. Co nam pomaga? Peelingi. Ale nie każdy- niektóre tylko lekko smyrają naszą skórę, nie radząc sobie z usunięciem tego co zbędne. Peeling Joanna Sensual, gruboziarnisty peeling do ciała, kupiłam w ciemno, licząc że będzie to coś pokroju peelingów tej samej firmy z serii Naturia- którą zresztą bardzo lubię. Oj ale się pomyliłam! Moje zaskoczenie było ogromne, gdy przy pierwszym użyciu poczułam drobinki zdzierające. Ten produkt jest mistrzem w swojej kategorii. Można przy jego użyciu wykonać porządny peeling, którego efekty będziemy długo odczuwać na skórze.


Zima zimą, ale jednak raz na jakiś czas trzeba było wspomóc skórę dodatkową porcją nawilżenia. Tutaj z pomocą przychodził Alterra, olejek do masażu migdały i papaja. Z masażem nie szalałam, ale używałam go na wilgotną skórę, wsmarowywałam i od razu mogłam wskoczyć w piżamę. Wchłania się szybko- o ile oczywiście nie przesadzimy z ilością. Pompka zdecydowanie ułatwia aplikację, a zapach powoduje uśmiech na twarzy- jest przepiękny! To trzeba poczuć, żeby wiedzieć o czym mówię. Serdecznie zachęcam Was do zapoznania się z tym olejkiem przy wizycie w Rossmannie- często bywają w promocji i za około 15 zł możemy dostać bardzo wydajny i fenomenalnie nawilżający produkt.


Marznąć nie lubię- jak już wcześniej mówiłam- dlatego też zimą chętnie wspomagam się rozgrzewającymi balsamami. Rok temu sięgnęłam po Eveline- ale wersję w tubce. Kupując termoaktywne serum wyszczuplające w większym opakowaniu myślałam, że dostanę ten sam produkt, ale w większej pojemności. Są to różne produkty- to w tubce sprzed roku to był przezroczysty żel. To prezentowane wyżej- to biały, dosyć gęsty balsam. Mimo wszystko rozgrzewa- chociaż nie tak intensywnie jak to przezroczyste- to nadal ten efekt jest odczuwalny. A dla mnie każde, nawet najmniejsze zwiększenie temperatury jest jak najbardziej wskazane- więc byłam zadowolona z działania tego specyfiku. Efekt antycellulitowy przemilczmy.


Przechodząc do twarzy- nie mogę nie wspomnieć Wam o kremie, który ratował moją cerę przed suchymi plackami. W sumie to generalnie ją ratował, żeby jakkolwiek wyglądała. Avene Cicalfate to świetny apteczny produkt, który właśnie w okresie jesienno-zimowym doceni każda osoba zmagająca się z problematyczną, przesuszoną cerą. U mnie spisywał się nawet pod makijaż- ale zapewne nie każdej z Was aż taka dawka natłuszczenia będzie potrzebna. Odrobinę więcej o nim możecie przeczytać TUTAJ.


Nie sposób też nie wspomnieć o najprzyjemniejszym mazidle do ust. Masełko Nivea vanilla&macadamia spisało się w stu procentach i utrzymało całą zimę moje usta w ryzach. Niesamowicie przyjemna konsystencja, świetne działanie, niska cena, dobra wydajność- czego chcieć więcej? Przyjemnego zapachu- więc proszę bardzo. Tutaj mamy wszystko. Więcej TUTAJ.

I to by było na tyle. Ta garstka produktów pozwoliła mi spokojnie dotrwać do wiosny umilając ten nieprzyjemny okres. Teraz spokojnie mogę zacząć szukać kolejnych ulubieńców już na bardziej łaskawą część roku, którymi również z pewnością się z Wami podzielę.


A jak u Was wyglądały ulubieńcy pielęgnacyjni? Czym ratowaliście się w długie wieczory?

Czekam na jakieś polecone i sprawdzone perełki, żebym wiedziała w przyszłym roku czemu się przyjrzeć, a jak na razie żegnam się z uśmiechem z moimi ulubieńcami. Do zobaczenia za ponad pół roku!

Do zobaczenia!

K. ;*